We Lwowie (dzień drugi)

Lwów, 21/08/2010

Śpię niespokojnie. O szóstej rano nie wytrzymuję i schodzę na dół. Samochód stoi, jak stał. Wracam na górę. Dorota śpi beztrosko.

Kładę się do łóżka, ale sen już nie przychodzi. Myślę nad planem na dzień dzisiejszy. Mimowolnie powraca temat samochodu. Wolałbym jednak znaleźć jakiś parking strzeżony i uwolnić się od troski o bezpieczeństwo auta. Przeglądam mapę i znajduję hotel Dniestr w niewielkiej od nas odległości. Nie wiem, czemu nie dostrzegłem go wczoraj.

Myję się, ubieram i idę zapytać o możliwość zaparkowania samochodu. Parkingowy nie widzi problemu. Pięćdziesiąt hrywien za własny spokój to cena niezbyt wygórowana. Nie waham się ani sekundy. Wracam do mieszkania po kluczyki. Cicho otwieram drzwi wejściowe, żeby nie obudzić Doroty.

Samochodem muszę pojechać na parking inną drogą, bo ulice w tym rejonie są jednokierunkowe. Dobrze, że wziąłem ze sobą plan miasta. Odległość niby niewielka, ale niechybnie bym się zgubił, bo kierunek jazdy trzeba kilka razy zmienić. Jeszcze raz upewniam się co do ceny parkingu i szczęśliwy, że pozbyłem się kłopotu, wracam do domu.

Dorota śpi dalej. Ja jestem już trochę głodny, więc zjadam samotnie śniadanie.

W pokoju jest już całkiem jasno. Kładę się na łóżku. Czytam w przewodniku o miejscach, które widzieliśmy wczoraj, i o tych, które mamy odwiedzić dzisiaj. Dorota tylko od czasu do czasu przewraca się z boku na bok. Nie mam sumienia jej obudzić. Niech sobie dziecko odeśpi te dziewięć dni wczesnego wstawania.

Jest wpół do jedenastej, kiedy Dorota otwiera wreszcie oczy. Teraz już raz dwa się zbiera i pół godziny później wychodzimy na zalaną słońcem ulicę. Dwa główne punkty dzisiejszego programu to kopiec Unii Lubelskiej i cmentarz Łyczakowski.

Kopiec usypany został rękami mieszkańców Lwowa w 1869 roku dla upamiętnienia trzechsetnej rocznicy zawarcia unii państwowej między Polską a Litwą. Wówczas w okresie zaborów była to wielka patriotyczna akcja, przywołująca pamięć najlepszych dni Rzeczpospolitej. Kopiec powstał na Wysokim Zamku, wzniesieniu górującym nad miastem, obok ruin lwowskiej twierdzy.

Na wzgórze wspinamy się od strony Wałów Gubernatorskich stromą wybetonowaną alejką. Poręcz jest pordzewiała, beton miejscami wypłukany do tego stopnia, że widać odsłonięte zbrojenie; niektóre stopnie są dziurawe na wylot, trzeba więc uważać, żeby nie skręcić sobie nogi. Dochodzimy do podstawy kopca i idziemy opasującą go ścieżką.

Kopiec okazuje się być całkowicie porośnięty drzewami i krzakami. Widać, że w czasach sowieckich, a i w wolnej Ukrainie, władzom nie w smak było, żeby ta pamiątka polskości widoczna była z każdego punktu miasta. Z drugiej strony gdyby nie te drzewa, które w naturalny sposób wzmocniły ziemną konstrukcję, kopiec pozbawiony opieki dawno by już pewnie został rozmyty przez deszcze.

Dopiero na samym czubku otwiera się perspektywa na całą okolicę. Ładnie widać stare miasto. Za to nowa jego część pozbawiona jest jakiegokolwiek uroku. To szare chaotyczne betonowe osiedla. Tu na górze multum ludzi. Dużo weekendowych wycieczek. Słychać polski, rosyjski, ukraiński; jest też grupa ze Słowacji. Nigdzie nie ma informacji o historii tego miejsca. Zresztą Ukraińcy zmienili nawet jego nazwę. Dla nich to po prostu tylko Kopiec.

Wracamy do miasta inną drogą, przechodząc obok ceglano-kamiennej ściany. To wszystko co pozostało z niegdysiejszego zamku. Obok wmurowana jest marmurowa tablica, z której można odczytać, że „w 1648 roku chłopsko-kozackie oddziały pod dowództwem bohatera wojny wyzwoleńczej pułkownika Maksyma Krywonosa rozgromiły wojsko polsko-szlacheckich grabieżców i zdobyły zamek na tej górze.”

Wizyta na Wysokim Zamku zaciera nieco nasze dobre wrażenia z wczorajszego dnia. Pewnie upłynąć musi jeszcze wiele lat, żeby Polacy i Ukraińcy przestali patrzeć na wspólną historię z całkowicie przeciwstawnych pozycji.

Na cmentarz Łyczakowski jedziemy tramwajem nr 7. Bilety kupujemy u pani motorniczy. Koszt to zaledwie 1 hrywna. Dorocie przysługuje ulgowy za pół ceny, ale dla takiej oszczędności nie chce mi się nawet wdawać w wyjaśnienia i kupuję dwa normalne. Wysłużony tramwaj jedzie wolno, a i tak nim rzuca, bo szyny wraz z brukiem dawno się już porozjeżdżały.

Tory prowadzą wzdłuż południowej pierzei Rynku. To niezwykła sytuacja, żeby jechać tramwajem przez sam środek średniowiecznego miasta. Dodatkową atrakcją jest kontrola biletów. Jakaś ubrana po cywilnemu kobieta chodzi z legitymacją służbową i sprawdza, czy układ dziurek na bilecie zgodny jest ze wzorem. Ostatni raz byłem kontrolowany przez kanara gdzieś pod koniec lat osiemdziesiątych, więc nienawykły, szukam nerwowo naszych biletów po kieszeniach.

Na cmentarz Łyczakowski wejść można po opłaceniu wstępu. Teren tej nekropolii jest bardzo rozległy. Jak za pewne większość przyjeżdżających tu wycieczek z Polski, nasze zwiedzanie ograniczamy do poszukiwania grobów znanych rodaków (Grottger, Zapolska, Goszczyński) i wizyty na cmentarzu Obrońców Lwowa (Orląt Lwowskich).

Cmentarz Obrońców Lwowa, zbezczeszczony i całkowicie zrujnowany w okresie komunistycznego reżimu, został przywrócony do niemal pierwotnego kształtu w wyniku oddolnej inicjatywy pracowników firmy Energopol i miejscowych Polaków. Po latach politycznych sporów został ponownie otwarty w 2005 roku. Jednak strona ukraińska nie zgodziła się na odtworzenie wszystkich przedwojennych budowli. Nie ma Pomnika Chwały w kształcie wygiętej w łuk kolumnady, stoją jedynie masywne pylony z nazwami miejsc, w których toczyły się walki; jest brama wejściowa w formie łuku triumfalnego, ale postumenty, na których spoczywały lwy trzymające tarcze, jedna z napisem „Zawsze wierny”, druga „Tobie Polsko”, są puste; inskrypcja na płycie nagrobnej pięciu nieznanych żołnierzy z Persenkówki została zmieniona z „Nieznanym bohaterom poległym w obronie Lwowa i Ziem Południowo-Wschodnich” na przesadnie poprawną politycznie, a przez to niewiele mówiącą „Tu leży żołnierz polski poległy za ojczyznę”. Główne wejście od ul. Pohulanka jest zamurowane przez co logiczny układ komunikacyjny nekropolii został zaburzony.

Kiedy rozmawiamy o tym z Dorotą, do naszej dyskusji włącza się starsza kobieta, plewiąca obok chwasty na mogiłach poległych. Opowiada o problemach, jakie stwarzały lokalne władze przy prowadzeniu prac renowacyjnych, o braku zrozumienia z ich strony dla zrywu młodzieży lwowskiej w 1918 roku. Opowiada historię tamtych dni i losy jej bohaterów. Przysłuchuje się temu szkolna wycieczka z Polski. Dla tych nastolatków to prawdziwa lekcja patriotyzmu.

Wpłacamy 50 hrywien na rzecz Polskiego Towarzystwa Opieki nad Grobami Wojskowymi we Lwowie.

Wieczorem idziemy na osiemnastą na mszę świętą do katedry łacińskiej, a tak naprawdę polskiej. Co prawda w niedzielę jedna z mszy odprawiana jest tu w języku ukraińskim, a jedna po angielsku, ale cała historia tej świątyni, jej wystrój, kaplice powstałe z fundacji rodzin magnackich, epitafia biskupów i świeckich oficjałów są największym świadectwem związku ziemi lwowskiej z polskością.

W sklepie robimy ostatnie zakupy, wydając pieniądze do ostatniej hrywny. O świcie wyjeżdżamy do Polski.

Czytaj dalej

Copyright © 2014