Z powrotem przez granicę

Korczowa, 22/08/2010

Pani Liuba jest punktualnie o szóstej rano. Oddajemy klucze do mieszkania i wyjeżdżamy z pogrążonego w śnie Lwowa. Do granicy mamy niecałe 80 kilometrów znanej już nam drogi.

Przestawiam zegarek o godzinę do tyłu. Chcielibyśmy być w domu w porze obiadowej. Teraz jedyne pytanie jest takie, ile godzin zabierze nam przejazd przez granicę – trzy, cztery, a może więcej. W głębi duszy jestem optymistą; mam nadzieję, że w niedzielę rano ruch powinien być mniejszy.

Dojeżdżamy pod samą bramę wjazdową przejścia granicznego. To już jest nieźle. Strażnik daje nam „obiegówkę” i wpuszcza na zieloną linię. Po stu metrach jesteśmy przy stanowiskach pograniczników i celników. Przed nami tylko jeden samochód. Pięć minut formalności i opuszczamy Ukrainę. Prawdziwy szok!

Po stronie polskiej jest gorzej, bo przez trzy kwadranse nic się nie dzieje. Stoimy w ogonku kilkunastu aut i nie posuwamy się ani o centymetr. Jaka była tego przyczyna, nie wiem. Kiedy celnicy zaczynają wreszcie pracować, wszystko zaczyna iść płynnie i po kolejnych trzech kwadransach jesteśmy z powrotem w Polsce.

***

Po kilku dniach coś mnie tknęło. Wypakowałem wszystkie rzeczy z bagażnika, wyjąłem płytę podłogową, wyciągnąłem koło zapasowe. Pod spodem spoczywał w uchwycie oryginalny lejek do tankowania diesla. Ten z Tarnopola pozostanie pamiątką naszej ukraińskiej przygody.

Copyright © 2014