U benedyktynów w Pannonhalmie

Pannonhalma, 14/08/2011

Klasztor benedyktynów w Pannonhalmie zajmuje wyjątkowe miejsce w kulturze Węgier. Mnichów osadził na tym wzgórzu w 996 roku książę Géza z dynastii Arpadów (ojciec pierwszego króla węgierskiego, św. Stefana) w ramach swojego planu zaszczepienia chrześcijaństwa wśród Madziarów. Szczególnie w czasach średniowiecza klasztor pełnił rolę ważnego ośrodka krzewienia religii i kultury chrześcijańskiej na całej naddunajskiej nizinie. Od 1996 roku Pannonhalma znajduje się na liście Światowego Dziedzictwa Kultury UNESCO.

Do przejechania mieliśmy 60 kilometrów, częściowo po drogach o statusie krajowym, częściowo lokalnych. To była pierwsza sposobność, żeby zobaczyć, jak wygląda węgierska prowincja. A więc, drogi podobne do polskich, bez dziur, ale często pofałdowane, dość ruchliwe. Dobrze, że wyjechaliśmy z czasowym zapasem, bo trasa zajęła nam ponad godzinę i ledwie zdążyliśmy na mszę św. o 10 rano. Przejeżdżaliśmy przez kilka wiosek; wieś nie sprawia najlepszego wrażenia. Niby jest czysto, panuje porządek, przy każdym domu ogródek, ale wszystkie niemal zabudowania wyglądają jak sprzed pięćdziesięciu przynajmniej lat. W najgorszym stanie są pokrycia dachowe z kruszącymi się, wyblakłymi dachówkami. Generalnie tam się chyba nie przelewa.

O godzinę mszy św. zapytałem wcześniej mailowo, spodziewając się, że nie są one tak częste jak w Polsce, choć nie sądziłem też, że w takim miejscu jak Pannonhalma w niedzielę będzie tylko jedna. Dlatego też niespokojnie spoglądałem na zegarek, gdy pokonywaliśmy ostatnie kilometry. Na parkingu byliśmy za pięć dziesiąta. Potem przebiegliśmy truchtem pod bramę klasztoru. Strażnikowi pokazałem na zegar i złożyłem ręce jak do modlitwy. Zrozumiał. Gestem wskazał, żebyśmy poczekali, a za chwilę zaczepił jakąś młodą szczupłą brunetkę w kusej spódniczce, zmierzającą na teren klasztoru. Mieliśmy iść za nią. Najpierw jeden dziedziniec, potem drugi. Wielki klasztorny budynek, schodami na piętro. Korytarz z celami mnichów i byliśmy u celu. Nasza przewodniczka pożegnała nas uśmiechem, a my nacisnęliśmy klamkę wielkich dwuskrzydłowych drzwi i znaleźliśmy się w benedyktyńskiej kaplicy na wprost ołtarza. Msza już się rozpoczęła; nieco zmieszani przez chwilę musieliśmy rozszyfrowywać układ tego pomieszczenia, aby wreszcie znaleźć dla siebie właściwe miejsce. Kaplica w żaden sposób nie przypominała znanych mi wcześniej. Była jak sala w barokowym pałacu, wyłożona marmurami i ozdobiona malowidłami. Przez wielkie okna wpadało jasne słoneczne światło. Kaplica miała układ symetryczny. Oś wyznaczały drzwi wejściowe i ołtarz stojący pośrodku. Siedząc w ławce było się zwróconym bokiem w stosunku do celebransów i twarzą do znajdujących się po drugiej stronie sali. Dokładnie naprzeciw nas było kilkunastu mnichów biorących aktywny udział w sprawowaniu liturgii. Było to proste i uroczyste zarazem, a my przez godzinę mogliśmy się poczuć jak członkowie benedyktyńskiej wspólnoty.

Potem zwiedziliśmy opactwo jak zwykli turyści wraz z grupą Japończyków. Szczerze mówiąc, nie pokazują tu zbyt wielu interesujących miejsc. Może gdy skończy się remont gotyckiej bazyliki, trasa będzie bardziej atrakcyjna. Na razie wejść można do XIII-wiecznej krypty, gdzie niedawno w centralnym miejscu złożono serce Otto Habsburga, syna Karola I, ostatniego cesarza Austrii i króla Węgier, prawowitego następcy tronu, który spędził swe życie działając na rzecz europejskiej integracji. Zmarł 4 lipca bieżącego roku w wieku 98 lat.

Ostatnim punktem programu była wizyta w bibliotece, która ze swoimi pięknymi neoklasycystycznymi dekoracjami bardziej przypomina salę balową niż zakurzony skład książek. Na dwóch poziomach – parterze i galerii – ciągną się wysokie regały wypełnione księgami. Tutejszy zbiór liczy 360 tysięcy woluminów i zawiera cenne średniowieczne manuskrypty. Spotkaliśmy tu naszą znajomą – panią, która wcześniej doprowadziła nas do klasztornej kaplicy. Tu pilnuje porządku. Już nie w obcisłej miniówie, ale długich spodniach.

Czytaj dalej

Copyright © 2014