Letnia rezydencja

01/05/2016

Już dwa stulecia temu Liechtensteinowie udostępnili swoje posiadłości zwiedzającym. Jeśli tylko książę nie rezydował w danym momencie w pałacu w Valticach, można było wejść i zobaczyć reprezentacyjne komnaty. Park w Lednicach był generalnie otwarty dla wszystkich. I wtedy, tak jak dziś, wzbudzał zachwyt przyjezdnych. Niejaki J. G. Kohl pisał w swojej relacji z podróży po Austrii, opublikowanej w 1843 roku:

„Parkowi w Eisgrub (niemiecka nazwa Lednic – przypisek mój) nie równa się żaden z tych w Monachium, Schwetzingen, Wörlitz czy w  Dreźnie. (…) Znamienity botanik Dr Wanderschott został wysłany do Ameryki, aby przywieźć wszelkiego rodzaju gatunki roślin, mogące rosnąć w tym klimacie. Aleje kanadyjskich topoli, zagajniki platanów, akacji, bananowców i setki innych rzadkich i pięknych drzew są zaaranżowane w taki sposób, aby usatysfakcjonować zarówno profesorów botaniki, jak i miłośników malowniczych krajobrazów. Punkty widokowe wyznaczone są przez piękne budowle, z których każda stanowi prawdziwe arcydzieło w swojej klasie. Na przykład meczet z minaretem, na szczyt którego prowadzą trzysta dwa stopnie, został zbudowany z piaskowca kosztem miliona florenów, za cenę, za którą dwadzieścia tureckich wiosek mogłoby otrzymać dobrej jakości meczety. (…) Zobaczyć, poznać i opisać wszystkie budowle było niemożliwością. Hansenburg szczególnie przyciągnął naszą uwagę, stanowiąc zamek rycerski z czasów średniowiecza, którego każda część jest odpowiednio zaprojektowana i komponuje się z całością. Jest zbudowany z basztami i wieżyczkami jak te z XIV wieku, a całe jego wyposażenie jest prawdziwe, wzięte z różnych starych zamków należących do Liechtensteinów. Budowlę otaczają sędziwe czterystuletnie dęby, a obok znajduje się zagroda ze stadem jeleni i saren. (…) Wątpię, aby jakikolwiek rzymski arystokrata w czasach Augusta posiadał park o takiej królewskiej wspaniałości jak ten w Eisgrub. Świątynie Apolla i Charyt (boginie wdzięku, piękna i radości – przypisek mój) są arcydziełami architektury. Ta druga ma długość pięćdziesięciu metrów, jest wsparta na jońskich kolumnach i udekorowana wieloma wspaniałymi marmurowymi rzeźbami przedstawiającymi mitologiczne i alegoryczne postaci.”

W rzeczy samej tereny parkowe w Lednicach zajmują ogromny obszar i nie sposób je przejść w jeden dzień, ale wizytę obowiązkowo trzeba zacząć od samego pałacu. Przez stulecia był rozbudowywany, a jego dekoracje modyfikowano stosownie do zmieniających się mód. Obecny wygląd zawdzięczamy gruntownej rekonstrukcji z lat 1843-58, kiedy na zlecenie księcia Aloisa II pałac przebudowano w całości w stylu neogotyckim. Powstała spójna wizualnie bryła z koronkowymi dekoracjami, nadającymi jej lekki wygląd. Udało się przy tym uniknąć przesady – elementów dekoracyjnych jest tyle, żeby zachwycić oko, a nie wywołać wrażenia kiczu. Od strony zachodniej dużo wcześniej postawiono stajnie dla hodowli koni i szkoły jeździeckiej. Ten wielki budynek zbudowany na planie kwadratu śmiało można wziąć z zewnątrz za jakiś barokowy pałac. Z drugiej strony (od wschodu) znajduje się oranżeria długości 92 metrów, szerokości 13 metrów i wysokości 10 metrów. Kiedy oddano ją do użytku w 1845 roku stanowiła dzieło sztuki technicznej. Jest to żeliwna struktura, w którą wprawiono setki szybek. Podtrzymują ją kolumny wyglądające jak łodygi bambusa. W środku rośnie wiele egzotycznych roślin, jest nawet sadzawka z karpiami koi. Wejście do oranżerii prowadziło bezpośrednio z pałacu.

Dniem naszej wizyty w Lednicach była niedziela, stąd pierwszym punktem programu stała się msza święta sprawowana w kościele stanowiącym jedno ze skrzydeł pałacu. Świątynia jest jednonawowa, utrzymana w stylu surowego gotyku. Dopiero później byliśmy w oranżerii i wewnątrz pałacu. Do zwiedzania wybraliśmy sale reprezentacyjne (oddzielnie wykupuje się oprowadzanie po książęcych pokojach prywatnych pierwszego piętra, oddzielnie po pokojach dziecięcych, mieszczących się na piętrze drugim). Pałac przeszedł niedawno gruntowną restaurację. Wszystko lśniło czystością, tak jakbyśmy cofnęli się do lat sześćdziesiątych XIX wieku i oglądali wejściowy hall, jadalnię, bibliotekę, salę balową wkrótce po wprowadzeniu się Liechtensteinów do przebudowanej rezydencji. Wyjątkowe wrażenie robią prace stolarskie – samonośne schody tworzące klatkę schodową w wejściowym hallu, spiralne, bogato zdobione schody w bibliotece, dekoracje sufitów reprezentacyjnych komnat, wykonane z drewna dębowego i egzotycznego. Wędrówka przez pokoje kończy się wyjściem wprost do parku.

Park jest równoważną częścią rezydencji, on stanowi o tym, że książęca rodzina spędzała tu letni sezon. Dlatego też dużą wagę przywiązywali Liechtensteinowie do jego formy i wyglądu. Od strony południowo-wschodniej do budynku przylegają ogrody w stylu francuskim, z rabatami o regularnych, geometrycznych kształtach, z równo strzyżonymi żywopłotami, prosto prowadzonymi alejami. Ta część założenia jest wbrew pozorom najnowsza, została zrealizowana w latach 1879-83 w miejscu, gdzie wyburzono wiejskie domy. Jest jednak wartościowa, gdyż pozwala wyobrazić sobie, jak wyglądało otoczenie pałacu aż do ostatnich lat XVIII wieku, kiedy poddano je gruntownym przekształceniom w duchu epoki romantyzmu. Odchodzono wówczas od sztywnego gorsetu ogrodu barokowego, dominować miała naturalność kompozycji, roślinność i elementy ogrodowe miały tworzyć sentymentalny nastrój, albo kreować tajemniczość, stawiano pawilony kopiujące budowle z minionych epok lub egzotycznych kultur. W Lednicach zmiany zaczęły się od decyzji księcia Aloisa I o włączeniu do terenu parkowego części lasów znajdujących się na północ od zamku, które do tej pory służyły do organizowania polowań. Wytyczono na tym terenie prosto biegnące aleje, rozchodzące się gwiaździście z centralnego punktu. To było jeszcze nawiązanie do starej szkoły, ale wzniesienie okazałych budowli, między innymi minaretu, ruin średniowiecznego zamku, obelisku, akweduktu zwiastowało nowe czasy. Obiekty te świetnie wpisały się w nowe założenie, które jest spójnym konceptem w stylu naturalnego parku angielskiego. Inicjatorem przebudowy był książę Johann Josef, feldmarszałek armii cesarskiej. Walczył z Turkami, rewolucyjną Francją, Napoleonem. Brał udział w sławnych bitwach pod Austerlitz i Wagram.

Wykonano wówczas (1805-11) ogrom prac ziemnych, gdyż postanowiono upiec dwie pieczenie na jednym ogniu – stworzenie romantycznego parku miało być połączone z regulacją często wylewającej rzeki Dyja (Thaya). Stworzono staw o powierzchni trzydziestu hektarów, a ziemię uzyskaną w trakcie jego pogłębiania wykorzystano do uformowania sześciu większych i dziesięciu mniejszych wysp. Koryto rzeki zostało przesunięte bardziej na północ. Wyspy połączono mostkami, umożliwiającymi długie spacery wijącymi się ścieżkami. W dalszych zakątkach powstały kolejne romantyczne budowle. I taki park możemy oglądać dziś.

 

Wyjście z pałacu jest jak wejście na jakąś ogromną scenę z przemyślnie ustawioną dekoracją. Szeroki zielony dywan trawnika zbiega łagodnie w kierunku wąskiego koryta bocznej odnogi Dyji, przekracza strugę wody i biegnie dalej poprzez ustawiony poprzecznie pas lądu. Potem musi ustąpić miejsca lekko pomarszczonej tafli jeziora, ale tylko na chwilę, bo dalej znowu widać zieleń, choć przeciętą kolejnym wodnym kanałem. Wydaje się, że na końcu wspina się nieco, aby stworzyć podbudowę pod strzelającą w górę krągłą wieżę minaretu, której odbicie drga na wodach jeziora, jakby zbliżając ją do nas. Drzewa o różnych kształtach i różnych odcieniach zieleni zawężają coraz bardziej perspektywę, brak regularności nasadzeń powoduje jednocześnie, że obraz staje się nawet bardziej przestrzenny niż jest w rzeczywistości. Nic nie zakrywa tylko minaretu, którego jasna, zgrabna sylwetka jest oddalona w linii prostej o dobre 1300 metrów. W zasięgu wzroku nie ma żadnych kwiatów, a mimo to wydaje mi się, że to najpiękniejszy widok ogrodu, jaki kiedykolwiek widziałem. Zachęca do chwili kontemplacji, zamyślenia.

Stamtąd zeszliśmy nad Dyję (boczną odnogę). Przy parterowym domku z dekoracjami w stylu mauretańskim, w którym niegdyś działała elektrownia wodna, znajduje się przystań małych stateczków, tramwajów wodnych, którymi dopłynąć można do minaretu, a nawet dalej do ruin „średniowiecznego” zamku (Janův hrad – Hansenburg). My skorzystaliśmy tylko z tego pierwszego etapu. Płynie się spokojnie meandrującą rzeczką w otoczeniu szumiących wysokich drzew i ćwierkających ptaków, aby po dwudziestu minutach dotrzeć do celu. Teraz wystarczyło przejść przez łąkę i już staliśmy pod budynkiem minaretu. Z bliska wyglądał nie tak wspaniale, może nieco tandetnie (w końcu to tylko imitacja). W tym zbliżeniu można było za to jeszcze bardziej docenić determinację Liechtensteinów, aby w swoich włościach stworzyć niepowtarzalny ogród. Na podmokłym terenie posadowienie ciężkiej budowli z wieżą o wysokości blisko sześćdziesięciu metrów wymagało przeprowadzenia skomplikowanych i kosztownych robót fundamentowych. Wbito ponad pięćset pali, na których zbudowano szachownicową strukturę z drewna dębowego i dopiero na niej ułożono kamienny fundament. Podobno z najwyżej galeryjki przy dobrej widoczności zobaczyć można wieże katedry św. Szczepana w Wiedniu (za pewne nie gołym okiem, lecz przy pomocy lunety, to w linii prostej jakieś osiemdziesiąt kilometrów). Wspięcie się po trzystu dwóch stopniach jest przede wszystkim okazją do spojrzenia z góry na najbliższą okolicę. Poza parkiem i pałacem wygląda ona dość monotonnie. Tylko na zachodzie piętrzy się tajemniczo wyglądający masyw. To Pavlovské vrchy, góry niewysokie, ale z uwagi na dużą wysokość względną (Lednice leżą 173 m n.p.m., główny szczyt zwany Děvín 549 m n.p.m.) dumnie dominują nad całym terytorium. U ich południowego krańca leży Mikulov.

Powrotną drogę odbyliśmy spacerem. Żwirowa alejka prowadziła brzegiem stawu, mostkami przechodziło się z wyspy na wyspę, mijaliśmy najprzeróżniejsze gatunki drzew. Najstarsze okazy pamiętają pewnie czasy Johanna Josefa, Aloisa I, a może nawet wcześniejsze. Piękne czasy Liechtensteinów, ale minione bezpowrotnie.

***

Prosto z Lednic pojechaliśmy do Pasohlávky (30 km z Lednic, 17 km z Mikulova), gdzie znajduje się kąpielisko termalne Aqualand Moravia. Chcieliśmy się zrelaksować w ciepłych źródłach. Woda nie okazała się nazbyt gorąca, za to bilety wstępu były bardzo drogie (240 zł za dwa całe i jeden ulgowy, wejście na trzy godziny). Może z powodu tej ceny, a może dlatego, że było to już późne popołudnie, było stosunkowo pusto. Mogliśmy pluskać się do woli.

Czytaj dalej

Copyright © 2014