Od stacji do stacji

02/05/2016

W poniedziałek muzea tradycyjnie są zamknięte, dzień z konieczności mieliśmy spędzić na świeżym powietrzu. Na szczęście pogoda sprzyjała. Niebo co prawda nie było idealnie czyste, ale świeciło słońce, a temperatura była w sam raz. Przez rynek zeszliśmy na dno doliny tworzonej przez wzgórze, na którym położony jest Mikulov, i sąsiednie zwane Świętym Wzgórkiem (Svatý Kopeček). Góruje ono ponad miasteczkiem (363 m n.p.m.; około 120 metrów przewyższenia), a jego łysy czub z widocznymi na szczycie jasnymi sylwetkami wybudowanej we wschodnim stylu kaplicy i prostej dzwonnicy wzbogaca panoramę Mikulova widzianą z drogi Brno-Wiedeń. Te sakralne obiekty zostały wybudowane w latach trzydziestych XVII wieku z inicjatywy kardynała Franza von Dietrichstein, biskupa Ołomuńca (który odziedziczył Mikulov i inne rodowe dobra po swym zmarłym bracie). To miało być wotum dziękczynne za wybawienie miasta od epidemii cholery, chodziło też o wzmocnienie wiary katolickiej w epoce religijnych wojen. Na górę wytyczono drogę, a wzdłuż niej ustawiono kapliczki ze scenami Męki Pańskiej. Ruszyliśmy tym szlakiem na szczyt.

Zbocze pnie się stromo, a pierwsze stacje drogi krzyżowej przyklejone są do wapiennych skał. Później wchodzi się w obręb lasu. Powyżej jego górnej granicy otwiera się widok na Mikulov i okolicę. Jak na dłoni widać zamek, kościoły, rynek, kamieniczki (także naszą), a dalej pola, stawy, pagórki (te znajdujące się w kierunku południowym należą już do Austrii). Na chwilę przysiedliśmy, żeby nasycić oczy tym wspaniałym widokiem, a potem znowu dalej i wyżej. Zrobiła nam się z tego spaceru mała górska wycieczka. Kapliczki są przemieszane stylowo, część z nich powstała w XVII wieku, część w XVIII. W części można zobaczyć oryginalne rzeźby, a w części jedynie jakieś nieudolnie wykonane freski, współczesne „dzieło” lokalnego artysty. Nie tworzą kanonicznej drogi krzyżowej. Na przykład pierwsza stacja przedstawia rozmowę Jezusa z Maryją, druga Jezusa modlącego się w ogrodzie Getsemani, trzecia śpiących Apostołów, dopiero w czwartej można zobaczyć scenę z Męki Pańskiej – biczowanie.

Na szczycie Świętego Wzgórka stoi kaplica św. Sebastiana. Z dołu wygląda niepozornie, w rzeczywistości jest rozmiarów kościoła. Jej białe ściany, klasyczne greckie kształty, srebrna baniasta kopuła, tak odmienne architektonicznie od wszystkiego, co można zobaczyć w okolicy, pozwalają wierzyć, że jest to miejsce przesiąknięte sacrum. A szlak kapliczek biegnie dalej na przeciwległe zbocze, gdzie znajdują się ostatnie stacje – kaplica Grobu Bożego, kopia budowli z Jerozolimy, z trzydziestoma trzema schodami symbolizującymi liczbę lat Jezusa oraz stacja czternasta, która najprawdopodobniej dedykowana była Zmartwychwstaniu (taką scenę przedstawia w każdym razie współczesny fresk).

Idąc z powrotem jeszcze raz można objąć wzrokiem cały położony w dole Mikulov. To historyczne miejsce, znane przez kilka stuleci bardziej pod swoją niemiecką nazwą Nikolsburg, zawdzięczało swój rozwój dogodnemu położeniu przy szlaku handlowym wiodącym z Brna do Wiednia, a także ścisłym związkom z potężnymi rodami szlacheckimi. Na tutejszym zamku swoją główną siedzibę mieli Liechtensteinowie (1249-1560) i Dietrichsteinowie (1575-1945). Wspomniany wcześniej kardynał Franz Dietrichstein był pierwszym z rodu, który w dowód swoich zasług dla cesarza otrzymał dziedziczny tytuł książęcy (1624). Oczywiście on sam, jak przystało na osobę duchowną, nie miał potomków, tytuł i liczne dobra w Czechach i Austrii przejął jego bratanek. Również kolejne pokolenia Dietrichsteinów związane były z dworem Habsburgów, czy to w służbie cywilnej, czy militarnej.  Od 1678 roku książę Dietrichstein zasiadał w kurii książąt Sejmu Rzeszy (dzięki nabyciu senioratu Tarasp, cesarskiej enklawy na terenie Szwajcarii; Dietrichsteinowie utracili to terytorium w 1803 roku, stąd nie mogli myśleć później o karierze samodzielnych władców, takiej jak Liechtensteinowie). Zaplanowany z rozmachem pałac w Nikolsburgu był symbolem potęgi rodu. Jego obecny barokowy kształt jest wynikiem przebudowy przeprowadzonej w I połowie XVIII wieku (po wcześniejszym pożarze). Ówczesna rekonstrukcja nie pozbawiła go na szczęście wszelkich cech zamku obronnego. Pozostały bastiony, kamienna wieża. Nie uległo zmianie posadowienie na górującej nad okolicą skale. To czyni z tej magnackiej rezydencji malowniczą dominantę tutejszego krajobrazu.

Wokół zamku rozwinął się prężny ośrodek miejski. Jak wyglądał w tym czasie Nikolsburg możemy sobie wyobrazić, patrząc na zabudowę wokół rynku, piękne renesansowe i barokowe kamieniczki. Niestety duża część dawnej substancji budowlanej nie dotrwała do naszych czasów. Miasta nie oszczędzały pożary, a szczególnie destrukcyjny miał miejsce w 1784 roku, kiedy to zniszczeniu uległo 350 domów. Dotkliwe straty przyniosły też końcowe walki II wojny światowej – w kwietniu 1945 roku pałac spalił się w zasadzie do gołych murów, ucierpiało wiele innych budynków. Odbudowie nie służyło przymusowe wysiedlenie ludności pochodzenia niemieckiego, która stanowiła zdecydowaną większość mieszkańców (ok. 80%). Niszczejące budynki zdecydowano się wyburzyć. Szczególnie widoczne jest to po zachodniej stronie zamkowego wzgórza, gdzie w miejscu starej zabudowy wzniesiono trzy i czteropiętrowe bloki mieszkalne. A jednak kiedy patrzy się na Mikulov, nie dostrzega się tych radykalnych ingerencji. Wręcz przeciwnie, czuje się klimat autentycznie historycznej miejscowości. Po pierwsze dlatego, że wszystkie budynki utrzymane są w jednolitej stylistyce. Nawet te najnowsze powojenne nie są, jak to często bywało, szarymi prostopadłościanami z betonu; to kolorowe domy z wysokimi, spadzistymi dachami krytymi czerwoną dachówką. Po drugie, Mikulov nie rozrósł się terytorialnie, jest dalej takim miastem, jakim był sto, sto pięćdziesiąt lat temu. Obecnie liczy około 7400 mieszkańców i jest to nawet mniej niż przed II wojną światową czy pod koniec XIX wieku. Po trzecie, widać, że nie zmarnowano tu ostatnich lat. Fasady są odnowione, całość prezentuje się więcej niż schludnie, otwarły się pensjonaty, winiarnie. Smutna peryferyjność zmieniła się w pociągającą kameralność.

 

Przed czternastą byliśmy z powrotem w centrum Mikulova. Za wcześnie, żeby wracać do naszego ciemnego pokoju. Postanowiliśmy rozejrzeć się w najbliższej okolicy zamku. Z górnego narożnika rynku odchodzi w tamtą stronę uliczka. Krótka, bo zaraz dociera się do wykonanej z kutego żelaza reprezentacyjnej bramy, za którą znajduje się pałacowy ogród. Brama była otwarta. Mile nas zaskoczyło, że teren ten nie stanowi części muzeum, ale jest ogólnie dostępny. Weszliśmy bez wahania. Ogród w stylu francuskim urządzony jest na wstępujących na zbocze tarasach, wszystkie jego elementy są przemyślane i dobrze poukładane. Inaczej być nie mogło, zbyt mała powierzchnia była do dyspozycji architekta, aby mógł ją źle wykorzystać. Dalej trasa biegnie wzdłuż linii dawnych fortyfikacji ponad dachami domów miasteczka. Bastiony stanowią doskonały punkt widokowy na okolicę.

Zataczając koło, dotarliśmy do dziedzińca zewnętrznego zamku (do którego dojść można też krótszą, bezpośrednią drogą z rynku), a stąd tunelem wkomponowanym w naturalną skałę przedostaliśmy się na dziedziniec wewnętrzny, dość ciasny, bo przedzielony oficyną. Ta część barokowego pałacu była niegdyś przyklejoną do skalistego szczytu warownią. Resztę zwiedzania musieliśmy zostawić na jutro do otwarcia kasy muzeum (i tak zobaczyliśmy więcej niż można się było spodziewać). Do naszego pensjonatu mieliśmy dwieście metrów. Zeszliśmy chodnikiem prowadzącym obok Synagogi Górnej z XVI wieku. Jest to jedyny zachowany żydowski dom modlitewny, a niegdyś w Mikulovie działało ich dwanaście. Było to w okresie największego rozwoju gminy żydowskiej, kiedy w połowie XIX wieku liczyła 3700 członków (do początku II wojny światowej ich liczba spadła poniżej 500; główną przyczyną była utrata handlowego znaczenia Mikulova po otwarciu linii kolejowej Wiedeń-Brno).

Tu mieszkaliśmy (Copy)

Czytaj dalej

Copyright © 2014