L’Albufera

W ciągu zaledwie 40 minut jazdy autobusem z centrum miasta można dostać się do innego świata. Na południe od Walencji rozciąga się park narodowy La Albufera. Zajmuje teren o powierzchni 211 km2, a jego sercem jest jezioro o powierzchni niemal 24 km2. Niegdyś to jezioro było nawet większe, a jeszcze wcześniej stanowiło lagunę, część morza (stąd jego nazwa, albufera to po hiszpańsku laguna). Prądy morskie powodowały osadzanie się na jej krańcach piasku, aż w końcu jego wał zmienił lagunę w przybrzeżne jezioro, zasilane rzekami płynącymi z głębi interioru (dlatego jego woda jest słodka).   

Autobusem linii nr 24 (w ramach karty miejskiej, choć to 10 km od miasta) dotarliśmy do miejscowości El Palmar, jednego z głównych centrów turystyki na obszarze Albufery. Gdy wysiedliśmy, okazało się, że jest to wyjątkowo brzydkie miasteczko, z pudełkowatymi domami, przylegającymi jeden do drugiego, a jednocześnie zupełnie nie współgrającymi ze sobą wielkością, kolorem, wykończeniem. Oprócz nas przyjechała tylko jedna rodzina. Wokół nie kręcił się nikt. Nie wiedzieliśmy, w którą stronę się udać. Spodziewaliśmy się zobaczyć port z wyruszającymi na jezioro łodziami, natknęliśmy się tylko na wąski kanał. W oddali widać było dwóch mężczyzn konserwujących dno łodzi. Niósł się stamtąd ostry zapach chemikaliów i to spowodowało, że poszliśmy w drugą stronę. Dzięki temu udało się w końcu znaleźć odpowiednią osobę. Pani sprzedawała bilety na wycieczką po jeziorze.

Rejs mieliśmy o pierwszej, a że dopiero minęło południe, poszliśmy na spacer wzdłuż kanału, potem skręciliśmy na groblę i nią zatoczyliśmy półkole wokół miasteczka. Teren jest tam płaski jak stół. Widać więc było dokładnie, jak przez kilometry ciągną się zalane pola, poprzedzielane wypiętrzonymi ponad wodę groblami. Tradycyjne zajęcia miejscowej ludności to połów ryb w jeziorze i uprawa ryżu wokół niego. Choć świeciło słońce, wiał nieprzyjemnie zimny wiatr. Na szczęście w ciągu godziny ustał i zrobiło się ciepło.

Zanim wyruszyliśmy w rejs, pani zrobiła nam kilkunastominutową prelekcję o historii i dniu dzisiejszym Albufery, a nas najbardziej zaciekawiła kwestia uprawy ryżu. Po żniwach, które w zależności od odmiany mają miejsce we wrześniu lub październiku, pole jest zalewane wodą i odpoczywa aż do lutego, kiedy to wodę spuszcza się, a ziemię orze, wyrównuje i przygotowuje pod siew. Potem na powrót ziemia musi nasiąknąć, gdyż wysoka wilgoć to czynnik niezbędny do wzrostu. Dawniej ziarna wysiewano w błotnistej glebie na wydzielonej plantacji i dopiero w maju podrosłe sadzonki przesadzano na właściwe pole. Obecnie, gdy dopracowano się mocniejszych, bardziej odpornych odmian ryżu, siew ma miejsce bezpośrednio na polach. W tym okresie temperatury są już wysokie i rośliny szybko rosną, nie tylko ryż, ale i towarzyszące mu chwasty. Dawniej wyrywano je ręcznie. W słońcu, w wodzie, w ubraniu zakrywającym nogi i ręce, żeby nie przeciąć skóry ostrymi liśćmi. Teraz chwasty niszczy się herbicydami. W okresie lata woda jest spuszczana, ziemia robi się sucha, a ryż dojrzewa do zbioru. Dawniej łodygi ścinano sierpem, w naszych czasach robi się to maszynowo. Praca jest łatwiejsza, ale jej tajniki trzeba znać.

W kanale zacumowana była podłużna łódź, na którą zabrał nas mąż prelegentki, sympatyczny emigrant z Maroka (przybyły do Hiszpanii lata temu). Wraz z nami popłynęły jeszcze cztery inne osoby, zmieściłoby się jeszcze kilka. Siedząc wzdłuż burt, śledziliśmy przesuwające się przed oczami widoki. Zostawiliśmy brzydkie El Palmar i ruszyliśmy korytarzem wśród trzcin, aby wypłynąć na otwartą wodę. Mijaliśmy stojące na brzegu domki wakacyjne, aż zwróciliśmy się ku głębi jeziora. Tam nasz sternik wyłączył motor. Zamarliśmy w bezruchu pomiędzy niebieskim, bezchmurnym niebem, a taflą wody, w której ten błękitny kolor odbijał się intensywnie. Dwadzieścia minut w jedną stronę, dwadzieścia w drugą. To była miła przejażdżka.

Lunch zjedliśmy w restauracji Planta Azul. Zasiedliśmy przy stoliku na brzegu kanału i zamówiliśmy paellę valenciana. W tym miejscu nie mogło być innego wyboru!

Złapaliśmy powrotny autobus do Walencji, ale wysiedliśmy już na trzecim przystanku. Ten fragment trasy biegł mierzeją rozdzielającą jezioro i morze. Wystarczyło zatem przejść pięćset metrów w jej poprzek, aby znaleźć się na dzikiej plaży. Tu w zasięgu wzroku naliczyć można było ledwie parę osób. Gdy spojrzało się w lewo, w oddali wyraźnie rysowały się sylwetki budowli Ciudad de las Artes y las Ciencias, znak, że jednak nie jesteśmy na głębokiej prowincji.

Czytaj dalej

Copyright © 2014