Past & Future

W Londynie spędziłem osiem miesięcy swojego życia. Było to w 1990 roku, zupełnie innych czasach. Niby w Polsce komunizm dokonał już żywota, ale reformy mające na celu modernizację kraju i wyciągnięcie go z ekonomicznej zapaści dopiero się zaczynały. Byłem znudzony pracą w państwowej firmie, chciałem zakosztować samodzielnego życia w bardziej kolorowym świecie. Przypadkowo spotkałem kuzynkę, która myślała podobnie. Ewa miała już nawet zebrane prospekty szkół językowych w Londynie, które łaskawie mi udostępniła.

Wyjechać wciąż nie było łatwo. Paszporty co prawda można było trzymać w domu (dawniej każdorazowo należało starać się o ich wydanie), ale przekroczenie granicy wiązało się z koniecznością posiadania wizy docelowego państwa. Jedną z dróg uzyskania wizy brytyjskiej było opłacenie minimum trzymiesięcznego kursu językowego. Tak też zrobiłem. Rodzice pożyczyli mi 305 funtów (naonczas w polskich realiach fortunę) i z dowodem przyjęcia do szkoły pojechałem do Warszawy do ambasady Zjednoczonego Królestwa. Wystałem się w kolejce podobnych do mnie interesantów po to tylko, żeby dostać odmowę. Mało uprzejmemu urzędnikowi nie wystarczyły ustne zapewnienia, że zatrzymam się u kolegi; chciał potwierdzenia na piśmie. Szczęśliwie faktycznie mój kolega (Tomek) przebywał w tym czasie w Londynie. Jego ojciec, były żołnierz Andersa, mieszkał tam na stałe i przysłał mi list zapewniający o gościnie (oczywiście to była tylko uprzejmość, po przybyciu miałem radzić sobie sam). Z tym listem pojechałem do ambasady po raz drugi i tym razem się udało.

W Londynie jakoś się zakotwiczyłem. W pierwszym tygodniu łapałem dorywcze zlecenia (byłem m.in. kelnerem w czasie gali z udziałem ówczesnej premier Margaret Thatcher w zabytkowym Guildhall), potem dostałem stałą pracę w dość eleganckiej włoskiej restauracji w Ealing Broadway (oczywiście to wszystko na czarno, bez urzędowego pozwolenia). Z kursu językowego niewiele wyszło. Zacząłem lekcje, ale nie dało się ich pogodzić z pracą. Priorytetem musiało być zdobycie środków na utrzymanie i odrobienie z nawiązką tego, co pożyczyłem od rodziców. Zresztą w międzyczasie otwarła się przede mną zupełnie nowa perspektywa. Wśród prospektów użyczonych mi przez Ewę znalazłem The London School of Foreign Trade, szkołę oferującą kursy w zakresie handlu zagranicznego. W ich cenniku zawarta była adnotacja, że w uzasadnionych przypadkach możliwa jest redukcja czesnego. Napisałem więc stosowne podanie, dołączyłem listy referencyjne i, już będąc w Anglii, otrzymałem odpowiedź, że jestem przyjęty na trzymiesięczny kurs. Co najważniejsze, miałem zapłacić tylko 120 funtów, gdy regularna cena wynosiła 1110 funtów (taka kwota byłaby absolutnie poza moim zasięgiem).

Ponad czteromiesięczna praca w restauracji pozwoliła mi na odłożenie wystarczającej sumy, aby przez kolejne trzy wieść bardzo skromne, ale za to wolne życie studenta. Do naszej szkoły chodzili młodzi ludzie z całego świata. Wielu było Europejczyków, ale miałem też kolegów i koleżanki z tak odległych krajów jak Chiny, Japonia, Kolumbia czy Brazylia. Co sobotę graliśmy w piłkę w Regent’s Parku, spotykaliśmy się na imprezach, koncertach. Zajęcia szkolne też były ciekawe. Odsłaniały świat realnej gospodarki, tak odległy od durnych teorii marksistowskiej ekonomii z okresu moich studiów w Polsce. To był dla mnie wspaniały czas intensywnie przeżywanej młodości. Dlatego też Londyn zawsze budził potem u mnie same najlepsze wspomnienia.

Od tamtych dni minęło dwadzieścia sześć lat i sam nie wiem, jak to się stało, że w międzyczasie Londynu nie odwiedziłem. Pojechałem dopiero teraz, a impulsem do podróży było rozpoczęcie studiów na uniwersytecie oksfordzkim przez naszą córkę. Teraz mogłem skonfrontować wspomnienia z przeszłości z obrazem nowoczesnego miasta, towarzysząc jednocześnie Dorocie w otwarciu nowego rozdziału jej życia.

Czytaj dalej

Copyright © 2014