Muzea Londynu

Londyn może poszczycić się wieloma muzeami, a te największe z najcenniejszymi kolekcjami można zwiedzać za darmo (płaci się tylko za wstęp na wystawy czasowe). My wybraliśmy dwa leżące na przeciwnych biegunach czasowych: British Museum z dominującymi działami sztuki starożytnej i Tate Modern, muzeum sztuki nowoczesnej. W każdym z nich spędziliśmy ledwie po dwie godziny, przechodząc przez wyrywkowo wybrane sale i zatrzymując się jedynie przy pojedynczych dziełach. Na każde z nich trzeba by poświęcić bez mała cały dzień, choć nie wiem, czy taki maraton nie przekroczyłby maksymalnej zdolności ludzkiej percepcji. Pewnie najlepszą metodą byłoby wpadać co jakiś czas i dogłębnie poznawać li tylko poszczególne sekcje.

British Museum powstało decyzją parlamentu w 1753 roku, a główną częścią jego początkowych zbiorów była kolekcja najprzeróżniejszych artefaktów zgromadzonych przez brytyjskiego fizyka i przyrodnika Hansa Sloana i darowana królowi Jerzemu II. I tak już dalej miało być – muzeum rozwijało się głównie dzięki hojnym darowiznom prywatnych kolekcjonerów, przedstawicieli establishmentu rozszerzającego się terytorialnie imperium. Dziś w Londynie możemy oglądać fragmenty budowli, posągi, wytwory rzemiosła pochodzące ze starożytnych państw Asyrii, Persji, Grecji, Egiptu. Można się krzywić, że ta ekspozycja nie znajduje się w regionie, w którym istniały te pradawne kultury, ale trzeba wziąć pod uwagę fakt, że w XIX i na początku XX wieku lokalne społeczności nie ceniły zabytków i nie przeznaczały środków finansowych na ich ratowanie dla przyszłych pokoleń. A nawet teraz w dobie konfliktów na Bliskim i Środkowym Wschodzie, co stałoby się z tymi wytworami ludzkiej kultury, ile z nich byłoby zniszczonych, ile sprzedanych dla zarobku w ręce prywatnych kolekcjonerów?

Najsławniejszym eksponowanym obiektem jest chyba Kamień z Rosetty, kamienna stela z wykutym dekretem ze 196 r. p.n.e., ogłoszonym w imieniu faraona Ptolemeusza V. Dekret zapisany został w trzech językach – hieroglificznym, demotycznym (zapis języka potocznego) i greckim. Stela została odnaleziona w 1799 roku w pobliżu miasta nad dolnym Nilem zwanym z francuska Rosettą. Było to pierwsze tego rodzaju znalezisko, z inskrypcją w znanym języku greckim i stanowiącymi zagadkę hieroglifami. Studia porównawcze nad wykutymi w kamieniu tekstami doprowadziły do odkrycia zasad zapisu hieroglificznego i znaczeń poszczególnych znaków (Champollion, 1822 rok), a to umożliwiło badaczom odczytywanie tekstów sprzed tysięcy lat.

Ale British Museum to nie tylko starożytność. Ten ogromny gmach wypełniają artefakty pochodzące z wszystkich kontynentów i z wszystkich epok historycznych. Na mnie największe wrażenie wywarły położone w amfiladzie sale sekcji Oświecenie (Enlightenment). Wstąpienie tam było przejściem do innego świata. Oto znalazłem się w bibliotece książęcego pałacu, wypełnionej regałami z oprawionymi w skórę tomami. W gablotach znajdowały się przedmioty stanowiące jakby zalążek kolekcji, zdradzających zainteresowanie ich właściciela różnymi sferami życia człowieka i otaczającej go przyrody.

Zupełnie inny charakter ma, co oczywiste, muzeum sztuki nowoczesnej Tate Modern. Warto je odwiedzić dla samego budynku, w którym się mieści. Kiedyś była tu elektrownia. Po jej zamknięciu w 1981 roku ceglane hale stały opuszczone. W 1994 roku ogłoszono, że zostaną zaadoptowane na muzeum sztuki. Konkurs na projekt wygrali Szwajcarzy z pracowni Herzog & de Meuron i znakomicie wywiązali się ze swojego zadania. Początkowo Tate Modern, otwarte w 2000 roku, zajęło ⅔ postindustrialnego kompleksu. Od 2012 roku trwała adaptacja pozostałej ⅓ części z dużo większą ingerencją w oryginalną strukturę. Konieczne były wyburzenia, aby postawić w tym miejscu dziesięciopiętrową łamaną wieżę. Do wykończenia elewacji użyto tego samego klinkieru, całość wygląda więc spójnie. Tę nową sekcję otwarto w tym roku w czerwcu. Mieliśmy więc prawdziwe szczęście, widząc cały kompleks po ponad dwudziestu latach gotowy.

Po wejściu niesamowite wrażenie robi ogrom środkowej sekcji obiektu, stanowiącej dawniej halę turbin. Długa na sto pięćdziesiąt pięć, szeroka na dwadzieścia trzy i wysoka na trzydzieści pięć, ciemna, oszczędnie doświetlona stanowi pole artystycznej działalności. Prezentowane są tu duże instalacje stworzone na zamówienie Tate Modern (tylko jedna w jednym czasie). W 2009 roku zaszczytu pokazaniu tu swej pracy dostąpił polski artysta Mirosław Bałka („How It Is”). Galerie mieszczą się na wyższych piętrach w bocznych segmentach budynku. Dzieła zgrupowane są w poszczególnych salach wedle niezbyt jasnego dla laika klucza, prace uznanych mistrzów przemieszane są z tymi, które wyszły z pracowni autorów znanych jedynie w kręgu profesjonalistów, obrazy sąsiadują z fotografiami, projekcje wideo z instalacjami. Widzieliśmy prace Picasso, Matisse’a, Kandinskiego, Warhola, ale mnie najbardziej podobała się samotnie stojąca w jednym z pomieszczeń wieża zbudowana z grających, nastawionych na różne stacje, pochodzących z różnych epok radioodbiorników. Babel brazylijskiego twórcy Cildo Meirelesa.

Na ostatnim, dziesiątym piętrze nowo zbudowanego segmentu znajduje się taras widokowy, skąd spojrzeć można na przepływającą poniżej Tamizę i leżące za nią ciasno upakowane śródmieście Londynu.

Swego rodzaju bonusem do wizyty w Tate Modern jest możliwość przejścia na drugą stronę rzeki kładką dla pieszych Millennium Footbridge, kończąc spacer pod majestatyczną kopułą katedry Św. Pawła.

Czytaj dalej

Copyright © 2014