Dębina

Drugi tydzień mieliśmy spędzić w skrajnie odmiennym miejscu, z dala od zgiełku ośrodków wczasowych, tak blisko natury jak to możliwe. I tak w sobotnie popołudnie dotarliśmy do Dębiny, która okazała się wymarzonym miejscem na sielskie wakacje. Kiedy, będąc jeszcze kilkanaście kilometrów przed celem naszej podróży, zadzwoniliśmy do właścicielki wynajętego przez nas domu, zdziwiła nas jej wskazówka, żeby skręcić z głównej drogi w momencie, gdy będziemy na szczycie góry. A przecież wszędzie było tu płasko. Wkrótce wjechaliśmy jednak na coraz bardziej pofalowany teren, a w samej Dębinie ostatnie wzniesienie było rzeczywiście słusznych rozmiarów. Dzięki tym mniejszym i większym pagórkom okolica przedstawiała się malowniczo, a piaszczyste drogi i kwitnące łąki dodawały jej dodatkowego uroku.

Nasz dom (właściwie była to połowa domu; do sąsiedniej części prowadziło niezależne wejście z przeciwległej strony budynku) wykonany był z drewnianych bali. Na parterze znajdowała się wielofunkcyjna otwarta przestrzeń, na piętrze zaś dwie sypialnie z dużym zadaszonym balkonem i widokiem na całą okolicę. Przed domem mieliśmy ukwiecony ogródek z malwami i liliami, drewniany stół z ławami i murowany grill. Cały czas było ciepło i słonecznie, więc drzwi wejściowe trzymaliśmy otwarte na oścież. Dzięki temu brak było podziału na przestrzeń wewnętrzną i zewnętrzną. Czuliśmy się prawdziwie zespoleni z naturą.

Teren znajdował się z dala od wsi (do sklepu każdego ranka jeździło się na rowerze). To były łąki przyległe do nadmorskiego lasu. Kilka lat temu gmina podzieliła je na działki budowlane, wytyczyła drogi, założyła kanalizację (bo to otulina Słowińskiego Parku Narodowego, więc przydomowe szamba są zakazane) i dokonała sprzedaży całego terenu. Na szczęście większość z nabywców potraktowała zakup działek jako lokatę kapitału bez planów szybkiego ich zagospodarowania. Dzięki temu piętrowe domy, większe pensjonatowe i mniejsze letniskowe, stały wybudowane tylko tu i ówdzie. Nie ma się co jednak łudzić, że tak sielsko będzie tu i za parę lat. Komercjalizacja tego terenu na pewno nabierze przyspieszenia.

 

Na plażę szliśmy ścieżką tylko dla wtajemniczonych. Przez las (graby, buki, dęby, sosny) docierało się nad urwisty klif (3 minuty spacerem). Dwadzieścia metrów niżej rozciągała się niemal dziewicza plaża z jasnym piaskiem, obmywana przez wody Bałtyku, z których pełne słońce wydobywało kolory, jakie, zdawałoby się, można zobaczyć tylko w Grecji czy Hiszpanii. Będąc na skraju klifu, trzeba było odnaleźć wśród porastających go krzewów stopnie, które ktoś kiedyś wyciął i umocnił w opadającym zboczu. Z zachowaniem ostrożności schodziło się nimi na sam dół. Miejsca na plażowanie było tu pod dostatkiem. Jeśli ktoś koniecznie chciał poczuć samotność á la Robinson Crusoe, musiał pójść kilkadziesiąt metrów dalej. Było słonecznie, momentami wręcz gorąco. Dla ochłody w morzu kąpaliśmy się każdego dnia.

Jednego wieczora wybraliśmy się nad morze, aby zrobić zdjęcia zachodzącego słońca. Rozstawiłem statyw nad samym brzegiem i z niecierpliwością czekałem, aż czerwona kula, zsuwając się po płaskiej trajektorii, dotknie linii horyzontu. Gdy tak stałem, kątem oka dostrzegłem, że kilka metrów po prawej kołysze się w wodzie jakiś przedmiot. Pomyślałem, że to fale poruszają kawałkiem kłody, ale zaraz dotarło do mnie, że to nie martwy obiekt, ale najprawdziwsza żywa foka. Oszołomiony widokiem zwierzęcia, którego nigdy nie spodziewałem się zobaczyć na wolności, a już na pewno nie nad Bałtykiem, zacząłem zbliżać się z aparatem. W tym momencie spłoszona foka zsunęła się z płycizny i z głową zadartą ponad taflą wody popłynęła na głębię.

Do własnej dyspozycji mieliśmy rowery. Dla urozmaicenia czasu wybraliśmy się nimi do sąsiednich miejscowości. Poddąbie (2,5 km w kierunku zachodnim) jest niewielkim letniskiem otoczonym lasami, znacznie bardziej zabudowanym niż Dębina, ale całkiem spokojnym w przeciwieństwie do Rowów (4,5 km na wschód), gdzie każdy metr kwadratowy powierzchni wykorzystany jest na postawienie czegoś, co przyniesie wpływy z kieszeni turystów. Brzydka i chaotyczna zabudowa, tłumy ludzi przewalające się kilkoma ulicami. Z przyjemnością wróciliśmy do naszej Dębiny.

Czytaj dalej

Copyright © 2014