Słowiński Park Narodowy

Granica Słowińskiego Parku Narodowego zaczyna się tuż za Rowami, ale żeby dotrzeć do jego najciekawszej, centralnej części, trzeba wsiąść w samochód i lokalnymi drogami przejechać z Dębiny niemal 30 kilometrów do Czołpina. Upalna pogoda spowodowała, że  przełożyliśmy tę wycieczkę na ostatni dzień, czyli piątek 11 lipca.

Po zostawieniu auta na parkingu wyruszyliśmy niebieskim szlakiem w stronę latarni morskiej. Szliśmy leśną przecinką. Po drodze minęliśmy opustoszałe murowane zabudowania, w których niegdyś mieszkali latarnicy wraz ze swoim rodzinami i żywym inwentarzem (musieli być samowystarczalni, mieszkając na tym odludziu). Dalej ścieżka wznosiła się coraz bardziej, gdyż latarnia stoi na niemałym wzgórzu (50 m.n.p.m.), niemałym, biorąc pod uwagę różnicę wysokości względnych. Kiedy byłem już na szczycie i spojrzałem do tyłu w kierunku najwyższego wzniesienia w okolicy – Rykowół (115 m.n.p.m.) – widok był taki, że poczułem się trochę jak w górach. Sama latarnia (solidna murowana budowla z 1875 roku) nie jest bardzo wysoka (25 metrów), ale z racji swojego położenia i atrakcyjnej okolicy oferuje wspaniałą panoramę z górnej galerii. Widać z niej pas wybrzeża i to, co stanowi największą atrakcję Słowińskiego Parku Narodowego, czyli gigantyczne góry piasku piętrzące się pośrodku sosnowych lasów. W oddali niebieska tafla jeziora Łebsko, największego jeziora przybrzeżnego w Polsce, a trzeciego w ogóle (większe są tylko mazurskie Śniardwy i Mamry).

 

W tym miejscu mieliśmy dylemat, co dalej. Ja proponowałem wrócić tą samą drogą, aby mieć potem siłę na wędrówkę szlakiem czerwonym do Wydmy Czołpińskiej, piaskowego pasma  widocznego z latarni. Agnieszka chciała dojść do morza, co oznaczało w praktyce konieczność przejścia całej pętli niebieskiego szlaku (5,5 kilometra). Zdecydowaliśmy się na to rozwiązanie i nie żałowaliśmy tego. Zupełnie pusta, wijąca się w dół przez dziki sosnowy las droga doprowadziła nas do dziewiczej plaży z jasnym, drobnym, przypominającym pszenną mąkę piaskiem. Jak na Karaibach. Poszliśmy wzdłuż morza, aż dotarliśmy do ogólnie dostępnej plaży. Tu z powrotem przeszliśmy przez wydmy, a potem wzdłuż asfaltowej drogi (to była najmniej ciekawa część naszej trasy) wróciliśmy na parking.

Tak jak się tego spodziewałem, zmęczona Kamila nie miała już ochoty na dalszą wędrówkę. Ostatecznie uległa namowom mamusi i do Wydmy Czołpińskiej (2 kilometry do przejścia) wyruszyliśmy w dwóch zespołach – ja z Dorotą szybkim marszem, Kamila z Agnieszką spacerem. Wcześniej nie sądziłem, że te wędrujące wydmy (przemieszczają się na odległość do dziesięciu metrów rocznie) są takie wielkie. Tymczasem kiedy wyszliśmy w końcu z lasu, przed nami piętrzyło się długie piaszczyste zbocze. Wspięliśmy się nim. Po drugiej stronie był rozległy jar i kolejna góra. Trasa prowadziła ścieżką wytyczoną przez dwa rzędy drewnianych palików i rozciągnięte liny. Poszliśmy dalej, łudząc się, że z przeciwległego wierzchołka zobaczymy morze, ale tam był kolejny uskok terenu i następna piaskowa góra. Zawróciliśmy. Po drodze spotkaliśmy resztę rodziny – wbrew moim obawom Kamila z Agnieszką też zdołały wspiąć się na wydmę.

Samochodem pojechaliśmy jeszcze do pobliskiej wsi Kluki. Tu droga kończy się, dochodząc do jeziora Łebsko. Teren jest tak płaski, że wodę można zobaczyć jedynie, wstępując na wieżę widokową. My tego nie zrobiliśmy, bo nie mieliśmy już chęci na kolejny spacer. Nie zwiedziliśmy też Muzeum Wsi Słowińskiej, utworzonego w środku miejscowości z autentycznych gospodarstw z budynkami z muru pruskiego (zadowoliliśmy się jedynie szybko zrobionymi zdjęciami), zatrzymaliśmy się za to na starym cmentarzu. Jest on zamknięty dla pochówku od 1975 roku, choć z późniejszego okresu pochodzą jeszcze dwa groby Anny Kötsch i Hermana Kecz. Zmiana pisowni tego rodowego nazwiska jest symbolem dramatycznego zwrotu w historii tych ziem po II wojnie światowej, ale też dowodem na to, że wielu miejscowych pozostało, przedkładając umiłowanie do ojczystej ziemi nad przynależność do niemieckiego państwa.

Wracając do Dębiny, wstąpiliśmy do lokalnej wędzarni ryb w Gardnej Wielkiej. W Ustce za kilogram węgorza wołano 150 zł, tu kosztował 100 zł, więc wzięliśmy od razu dwie sztuki – jednego węgorza dla siebie, drugiego jako najbardziej atrakcyjny prezent znad morza dla dziadków. Kupiliśmy też po kawałku nototenii, miętusa i certy. Degustację urządziliśmy sobie kolejnego wieczora, będąc już w Gdańsku. Każda z tych ryb smakowała inaczej.

W ciągu półtorej godziny od opuszczenia Czołpina do przyjazdu do Dębiny pogoda zmieniła się diametralnie. Niebieskie niebo, gdzieniegdzie poprzetykane białymi obłokami, zostało spowite gęstą warstwą chmur. Słońce jasno oświetlające ziemię przygasło. Ruszył się chłodny, wilgotny wiatr. Temperatura spadła odczuwalnie. Po raz pierwszy trzeba było sięgnąć do szafy po cieplejsze okrycie. Wkrótce lunął deszcz. Nie było szans, żeby wybrać się na wieczorny, pożegnalny spacer nad morze.

Czytaj dalej

Copyright © 2014