Od Reichstagu do Kolumny Zwycięstwa

28/04/2013

Ponoć wcześniej trzeba było stać w długich kolejkach, aby dostać się do jednej z największych berlińskich atrakcji – szklanej kopuły na dachu Reichstagu. Teraz wejść można od razu pod warunkiem wcześniejszego internetowego zarejestrowania się na określoną godzinę. Na wszelki wypadek zrobiłem to z dwutygodniowym wyprzedzeniem. Nasz termin to niedziela 29 kwietnia, godzina 10:45.

Na potwierdzeniu rezerwacji podane jest, że należy przybyć nie później niż 15 minut przed planowanym wejściem. Przy pomocy strony bvg.de (Berliner Verkehrsbetriebe) wyszukujemy połączenia, które zagwarantują dotarcie na miejsce z pewnym zapasem czasowym. Tym razem decydujemy się na podróż autobusem, żeby przy okazji zobaczyć kawałek miasta. Trasę mamy prostą. Linią M85 dojedziemy niemal spod naszego domu pod sam gmach Reichstagu.

W niedzielny poranek dwupoziomowy autobus jest zupełnie pusty, ale i tak wchodzimy na górny pokład i zajmujemy miejsca z samego przodu. Stąd mamy lepszy widok, a przy okazji atrakcję rodem z wesołego miasteczka. Jedziemy długą Potsdamer strasse, którą po przekroczeniu mostu nad kanałem Landwehr docieramy do Kulturforum. To przylegająca do Tiergarten otwarta przestrzeń, na której pobudowano nowoczesne gmachy instytucji kulturalnych Berlina Zachodniego (tradycyjne siedziby znalazły się w sowieckiej strefie okupacyjnej, a potem w obrębie DDR). Przystanek dalej jest Potzdamer Platz, królestwo stali i szkła. Kierowca wygłasza jakiś komunikat, ale pochłonięci przesuwającymi się widokami, nie zwracamy nań specjalnej uwagi (a zresztą niemiecki to dla nas język całkowicie obcy, jedynie Agnieszka jest w stanie zrozumieć prostsze kwestie). Zbliżamy się do Bramy Brandenburskiej; tuż za nią cel naszej podróży. W tym momencie jednak autobus robi skręt w lewo, a potem w prawo i wjeżdżamy do tunelu pod Tiergarden. Jedziemy, jedziemy i jedziemy; coś za długo to trwa. Faktycznie, przekroczyliśmy pod ziemią nie tylko park, ale i koryto Szprewy. Kiedy wyjeżdżamy na powierzchnię, kopuła Reichstagu widoczna jest w znacznym oddaleniu za nami. Teraz jest jasne – komunikat dotyczył zmiany trasy, a wszystkiemu winien jest ten turecki festyn z okazji dnia dziecka, który zablokował ruch w okolicach Bramy. Z pominięciem paru rozkładowych przystanków docieramy na końcowy – Hauptbanhof (Dworzec główny).

Najdalej za piętnaście minut powinniśmy być u wejścia do Reichstagu, a stoimy przed przeszklonym ogromnym obiektem, w którym linie najrozmaitszych pociągów krzyżują się na kilku poziomach. Wpadamy do wielkiej hali, najpierw jedziemy ruchomymi schodami w górę za znakami S-bahn. Na tablicy informacyjnej na peronie nie znajdujemy jednak odpowiedniego połączenia, więc dla odmiany zjeżdżamy na sam dół za wskazówką U-bahn. Ta linia metra (U55) okazuje się być wyjątkowo krótka – pociąg kursuje wahadłowo pomiędzy stacjami Hauptbanhof i Brandenburger Tor. Dla nas ważne, że jedyny przystanek po drodze to Reichstag/Bundestag (w przyszłości linia będzie biegła dalej pod aleją Unter den Linden; na razie trwa budowa). W napięciu odliczamy minuty do odjazdu. Ruszamy, ale i tak nie mogę powstrzymać się od ciągłego spoglądania na zegarek. Wreszcie stacja, teraz szybko schodami do góry, sto metrów dalej widać już gmach Reichstagu, a przed nim kontenerowy budyneczek, przed którym kłębią się ludzie. Jest dokładnie 10.30, kiedy pokazujemy strażnikowi nasze papiery. Zdążyliśmy na czas. Czy te nerwy były konieczne? Nie wiem, bo nie ma zbiórki zwiedzających na określoną godzinę. Trzeba przedstawić potwierdzenie rejestracji, wylegitymować się paszportami, przejść kontrolę bezpieczeństwa. Z gotowych osób formowane są małe grupki przeprowadzane do głównego wejścia. Może więc wpuściliby nas nawet po spóźnionym przybyciu? Mimo wszystko lepiej było tego nie testować.

Winda zabiera nas na taras. Tu zaopatrują nas w audioprzewodniki (dostępna wersja polska nagrania). Wchodzimy do wnętrza kopuły i rozpoczynamy marsz w górę wijącą się spiralnie rampą.

20 czerwca 1991 roku parlament zjednoczonych Niemiec przegłosował decyzję o przeniesieniu swojej siedziby z Bonn do Berlina do gmachu Reichstagu. Zadanie przygotowania budynku na potrzeby Bundestagu powierzone zostało wybitnemu architektowi brytyjskiemu Normanowi Fosterowi, który w ramach historycznych murów stworzył całkowicie nową przestrzeń. Symbolem tych zmian, uczynienia z parlamentu nowoczesnej, otwartej na społeczeństwo instytucji, stała się szklana kopuła zbudowana ponad salą plenarną.

Wspinamy się wolno, a w słuchawkach towarzyszy nam głos lektora, kierującego nasz wzrok na kolejne obiekty widoczne w najbliższym sąsiedztwie Reichstagu i w bardziej oddalonych dzielnicach. Jak na dłoni widać budynki znane nam z kart przewodnika. Teraz pojedyncze zdjęcia łączą się w panoramiczny obraz miasta. Prawdziwe 3D 360 stopni. Kopuła to nie jest jednak tylko punkt widokowy. Jej rdzeń o kształcie kielicha obudowany jest systemem luster, przenoszących słoneczne światło do sali obrad. Jeżeli spojrzeć w dół za jej przeszklonym dachem widać fotele deputowanych. Czy przedstawiciele ludu pracują lepiej, czując na plecach wzrok swoich potencjalnych wyborców? Na dolnym poziomie można jeszcze obejrzeć wystawę fotograficzną prezentującą dzieje parlamentu, a wszystko to gratis w ramach promocji własnej demokratycznych instytucji niemieckiego państwa.

Po wyjściu idziemy jeszcze na chwilę pod Bramę Brandenburską (gdzie w najlepsze trwa turecki festyn z okazji dnia dziecka). Tuż obok znajduje się Pomnik Pomordowanych Żydów Europy. Należałoby powiedzieć otwarty, a nie odsłonięty, w 2005 roku, bo ma formę betonowych bloków-stel wybudowanych gęsto na powierzchni niemal dwóch hektarów. Bloki o różnej wysokości (do prawie 5 m) tworzą siatkę przejść. Wewnątrz tego labiryntu można zagubić się na wiele minut.

Wracamy pod gmach Reichstagu. Z jego zachodnią fasadą graniczą zielone błonia. Dziś jest cieplej, słońce przygrzewa, atmosfera robi się trochę piknikowa. Gdyby nie to, że mamy jeszcze w programie tyle do zobaczenia, jak inni rozciągnęlibyśmy się na trawie. Jesteśmy w sercu rządowej dzielnicy, ale nie czuje się tu zupełnie jakiegokolwiek napięcia, pośpiechu. Owszem jest niedziela, ale wierzę, że i na co dzień wygląda to podobnie.

Dzielnica rządowa to kolekcja nowoczesnych gmachów zbudowanych w ostatnich kilkunastu latach. Rozciągnięte wzdłuż przepływającej w tym miejscu Szprewy Paul-Löbe-Haus (Dom Deputowanych) i Bundeskanzleramt (Urząd Kanclerski) jawią się jako symbole dynamicznego państwa. Uderzający jest brak jakichkolwiek patroli policyjnych. Jakbyśmy nie znajdowali się o krok od miejsca pracy pani Angeli Merkel.

Nasz spacer prowadzi dalej przez Tiergarden do klasycystycznego pałacu Bellevue, siedziby prezydenta Niemiec. Tu skręcamy w kierunku południowym, aby dojść do widocznej między drzewami Kolumny Zwycięstwa (Siegessäule). Kolumna znalazła się w tym miejscu, na osi wschód-zachód, w 1938 roku w ramach faszystowskich planów uczynienia z Berlina imperialnej stolicy. Wcześniej (od 1873 roku) stała przed budynkiem Reichstagu. Gdyby nie przenosiny, ległaby w czasie wojny w gruzach, gdyż tamten obszar był intensywnie bombardowany. Naziści zresztą nie tylko przenieśli kolumnę, ale też zwiększyli jej wysokość do 67 metrów (z uwzględnieniem stojącej na szczycie mieniącej się złotem postaci bogini zwycięstwa). Tych kilkadziesiąt metrów to kolejna okazja do spojrzenia na Berlin z góry.

Kolumna stoi na placu Grosse Stern, obwiedzionym kilkupasmową ruchliwą jezdnią. Do środka przedostać się można tylko podziemnym przejściem. Kupujemy bilety. Kamila decyduje się poczekać na dole. Może i lepiej, bo na platformę widokową prowadzi 285 ciasno zakręconych schodów. Intensywny wysiłek fizyczny + silne uczucie klaustrofobii. Panorama otwierająca się przed nami jest jednak tego warta. W kierunku wschodnim ciągnie się szeroka wstęga ulicy (lepiej byłoby powiedzieć: alei) 17 Czerwca (nazwa upamiętnia robotnicze powstanie na terenie DDR w 1953 roku). Przecinając Tiergarden dochodzi do Bramy Brandenburskiej. Za nią pokryta śniedzią kopuła berlińskiej katedry i smukła sylwetka wieży telewizyjnej. Nieco bardziej na prawo biurowce przy Potzdamer Platz i rozpięty żagiel dachu nad Sony Center. W przeciwną stronę widok jest niemal identyczny, tyle że pozbawiony kształtów znanych budowli. Za to szeroki trakt wyznacza długą prostą, dopiero po ośmiu kilometrach kończącą się przy terenach targowych i stadionie Olimpijskim.

To była intensywna przechadzka. Głodni, spragnieni, zmęczeni wracamy autobusem na Hauptstrasse.

Czytaj dalej

Copyright © 2014