W berlińskim ZOO

01/05/2013

Poranek jest słoneczny, leniwy. Święto Pracy berlińczycy celebrują w domowym zaciszu. Nasze bagaże znosimy z czwartego piętra, starając się nie robić zbytecznego hałasu. Walizki lądują w bagażniku samochodu, a my po raz ostatni ruszamy w podróż metrem.

Jest dziesiąta; przed kasą ZOO sporej długości kolejka. Idzie jednak szybko. Płacę 50 euro i zaraz jesteśmy po drugiej stronie bramy.

Ogród zoologiczny został otwarty w Berlinie w 1844 roku (należałoby raczej powiedzieć – nie w, a koło Berlina – od ówczesnego miasta oddzielony był rozległym terenem Tiergarten). Było to jedno z pierwszych ZOO na świecie (dokładnie dziewiąte) i dziś też zalicza się do światowej czołówki. Wraz z Akwarium, które można zwiedzać oddzielnie, ma w inwentarzu niemal 1500 gatunków zwierząt. Wiele z nich rzadkich, czy wręcz zagrożonych. Chodząc tak przez kilka godzin tutejszymi alejkami, prawdziwie docenić można bogactwo fauny różnych zakątków naszego globu. Małpy – atrakcja nr 1 to oczywiście stadko potężnych goryli nizinnych, ale bardziej niezwykły jest wygląd orangutanów sumatrzańskich, dziwacznych stworów obrośniętych długim, zwisającym, o rdzawej barwie futrem. A może więcej radości sprawia przyglądanie się zabawom małpek z Nowego Świata – kapucynek oliwkowych, wyjców czarnych, czepiaków brązowych, titi miedzianych?

Koniecznie trzeba wstąpić do świata zwierząt nocnych. Tu pory dnia uległy odwróceniu. W dzień mrok ledwie delikatnie rozświetlają dyskretnie ustawione lampy, w nocy reflektory pracują z pełną mocą. Dzięki temu możemy oglądać zwierzęta, normalnie o tej porze śpiące w swych norach, tu będące w pełni aktywności. Mrównik wyglądający jak krzyżówka prosięcia i królika, galago senegalskie i palczaki madagaskarskie z rodziny małpiatek. Kretoszczury Ansella z Zambii możemy obserwować, jak nieustannie biegają wydrążonymi w ziemi korytarzami. Są też nietoperze, a wśród nich wampir zwyczajny; wbrew swojej groźnej nazwie jest dość niewielki – maksymalnie ma 9 centymetrów długości.

Akwarium prezentuje bogactwo mórz i oceanów. Gospodarze dumni są przede wszystkim ze swojej kolekcji meduz. Faktycznie ich zbiór prezentuje się bajecznie. Przez długie minuty można stać jak zaczarowany przed rozświetloną niebieską poświatą szybą, za którą w swoim wolnym tańcu przesuwają się na wpół przezroczyste istoty o najróżniejszych, fantazyjnych kształtach.

Ptaki nie pozostają w tyle. Najbardziej przyciągają wzrok te o jaskrawym ubarwieniu. Na przykład taki ibis szkarłatny nie miałby szansy ukryć się w jakimkolwiek otoczeniu, chyba że w sklepie z ekstrawagancką modą. Albo lorysa górska, papuga, której każdy fragment ciała jest o innej, intensywnej barwie.

Są też oczywiście niedźwiedzie polarne, pingwiny królewskie, hipopotamy, kangury, bizony, konie Przewalskiego. Lista zwierząt, które niekoniecznie można spotkać w innym ZOO, jest długa.

Wśród zwiedzających blisko połowę stanowią Polacy. To głównie rodzice z dziećmi, jednodniowi turyści, pewnie mieszkańcy północno-zachodniej części kraju, dla których wycieczka do Berlina jest okazją, aby swoim pociechom pokazać, jak wygląda lew, słoń czy żyrafa. Często usłyszeć też można jężyk rosyjski. Dlaczego akurat tylu Rosjan znalazło się w ZOO (wcześniej widywaliśmy ich tylko z rzadka)? Na to nie mam odpowiedzi. Nie spotkaliśmy za to żadnego Turka. Widać berlińskie ZOO to przede wszystkim atrakcja turystyczna; miejscowi wolą wizytę w zwykłym parku.

W Berlinie jest jeszcze drugi ogród zoologiczny (pewnie to światowy fenomen: jedno miasto – dwa ZOO). To znowu spadek po podziale na strefy okupacyjne – skoro historyczny ogród znalazł sie po stronie Zachodniej, to Wschód musiał stworzyć swój własny (co miało miejsce w 1955 roku). Dziś oba znajdują się pod jednolitym zarządem.

Kiedy po 15 opuszczamy teren ogrodu, przed kasami dalej stoją kolejki. Ci ludzie nie mają już szansy na zobaczenie wszystkiego, ale berlińskie ZOO warte jest nawet krótszej wizyty.

Czytaj dalej

Copyright © 2014