Trasa centralna

Caniço de Baixo –  Câmara de Lobos – Cabo Girāo – Sāo Vicente – Caniço de Baixo (90 km)

Câmara de Lobos jest drugim miastem wyspy, właściwie miasteczkiem, bo liczy tylko 18 tysięcy mieszkańców. Konfiguracja terenu jest tu inna niż w znajdującym się w sąsiedztwie Funchal, zbocza pną się od razu w górę i mimo ciasnej zabudowy na większą ilość domów brakło przestrzeni. Tym niemniej jest to historyczne miejsce osadnictwa portugalskiego na wyspie. Uważa się, że to tu wysiadł na ląd João Gonçalves Zarco po dobiciu do Madeiry, a to za sprawą naturalnie utworzonej przez dwa skaliste przylądki bezpiecznej przystani.

Przewodniki turystyczne obiecują piękne widoki, przywołując sławnego brytyjskiego polityka, Winstona Churchilla, który miał tu malować pejzaże. Faktycznie Churchill spędził w Câmara de Lobos okres Nowego Roku 1950, ale jego pobyt trwał tylko kilkanaście dni i trudno go uznać za szczególnego piewcę piękna tej miejscowości. „Churchill w Câmara de Lobos” to raczej sprytnie pomyślany chwyt marketingowy, tym lepszy, że nic nie kosztujący. Mnie osobiście rozczarował widok portu. Miały być kolorowe tradycyjne łodzie rybackie i suszące się na wietrze płaty dorszy, były wyciągnięte na brzeg, chaotycznie poustawiane kutry różnej wielkości, poprzykrywane plastikowymi plandekami, tuż obok ruchliwej ulicy. Znacznie lepiej miejscowość wygląda z góry, z pobliskiego klifu.

Zostawiamy Câmarę i pniemy się lokalną drogą. Do pokonania mamy różnicę wysokości wynoszącą 570 metrów, bo naszym kolejnym celem jest Cabo Girāo Skywalk, taras widokowy na jednym z najwyższych klifów w Europie dostępnych od strony lądu (589 m.n.p.m.). Ciągniemy na drugim biegu, który przy ostrych zakrętach trzeba redukować do jedynki. Mieliśmy obawy, czy pożyczona Toyota Aygo z silnikiem 1.0 poradzi sobie z maderskimi górami, ale spokojnie, pchać jej nie trzeba. Po drodze zatrzymujemy się w Rancho przy górnej stacji kolejki linowej zjeżdżającej do podnóża klifu do wioski Fajās do Cabo Girāo, służącej głównie lokalnej komunikacji. W dole widać pasy zielonych poletek przy szafirowej tafli morza. To przedsmak tego, co zobaczymy z czubka klifu.

Droga na szczyt liczyła 8 km. Przez stromiznę, liczne zakręty, nie licząc przerwy przy stacji kolejki, zajęła 20 minut. Atrakcją tarasu widokowego jest nie tylko spojrzenie w dół z niebotycznej wysokości, ale też przejście po przeszklonych, wysuniętych poza krawędź klifu płytach. Choć mam lęk wysokości, nogi pode mną nie drżą. Może dlatego, że szkło nie jest krystalicznie czyste i obraz poniżej nieco przydymiony. Ale nie wszyscy wchodzą. Kamila ma opory.

Z klifu zjeżdżamy do drogi głównej, wiodącej wzdłuż południowego wybrzeża. W miejscowości Ribeira Brava odbijamy w kierunku północnym. Najpierw poruszamy się głęboką doliną, ale po kilku kilometrach wyrasta przed nami górski masyw. Dawniej trzeba było wspiąć się w tym miejscu na przełęcz Encumeada, teraz sprawnie przejeżdżamy tunelem o długości 3086 metrów i właściwie jesteśmy już w Sāo Vicente, miejscowości rozciągniętej wzdłuż doliny i płynącego nią potoku aż do jego ujścia do morza. Na północnym wybrzeżu pogoda jest z reguły gorsza niż po południowej stronie. Teraz sami możemy tego doświadczyć, bo słońca nie widać, niebo jest całkowicie zachmurzone. Wszystko tu wygląda bardziej dziko, ponuro, strome skały nie pozwalają na rozwój osadnictwa.  

Zatrzymujemy się na rogatkach Sāo Vicente przy Grutas e Centro do Vulcanismo, placówce edukacyjnej, gdzie zapoznać się można z zamierzchłą historią wyspy, jej formowania się 890 tysięcy lat temu w efekcie erupcji wulkanicznej, a także by odbyć trzydziestominutowy spacer skalnymi korytarzami, którymi niegdyś płynęła lawa. Zwiedzanie odbywa się grupowo (wstęp 8 euro). Część ekspozycyjna jest mało interesująca, a prezentowany film i animacje stworzone zostały w technologii dziś już przestarzałej. Tak naprawdę warte odwiedzin są jedynie groty, choć nie czekają tam na nas imponujące formacje skalne, fantazyjne kształty stalagmitów i stalaktytów, podziemne jeziora. Groty mają kształt rynien, częściowo wypełnione są zastygłą, zeskorupiałą lawą (w tej postaci lawa zwie się fachowo scoria). Jesteśmy wewnątrz wulkanu i to jest sedno tego doświadczenia.

Czytaj dalej

Copyright © 2014