Trasa zachodnia

Caniço de Baixo –  Ponta do Sol – Paul da Serra – Rabaçal – Levada do Risco – Caniço de Baixo (100 km)

Sielski poranek w Ponta do Sol. Jak przysłało na nadmorskie miasteczko o największym ponoć nasłonecznieniu na Maderze, słońce przyświeca nam mocno. Ruch prawie żaden, wszyscy odpoczywają w swych domach w ten niedzielny poranek. Dostęp do oceanu jest tu dość wąski, nadmorska promenada na niewiele więcej niż 100 metrów długości. W pierwszej linii stoi czterogwiazdkowy hotel, ale zaprojektowany tak, że wygląda jak ciąg eleganckich trzy, czteropiętrowych kamienic, a na froncie rząd wysokich palm. Ładnie.

W Ponta do Sol żegnamy drogę szybkiego ruchu z jej wspaniałymi tunelami. Teraz czeka nas podróż zakosami w górę. Musimy wdrapać się na płaskowyż Paul da Serra (circa 1500 m.n.p.m.). Pokonanie tego półtora kilometra w pionie zabiera nam pół godziny. A tam pogoda już zupełnie inna. Wszystko spowite jest mglistymi chmurami, wypełnionymi wilgotnym powietrzem. Przez te chmury usiłuje przedrzeć się z wysokości światło słoneczne, a wpadając w nie, rozczepia się, tworząc tęczę. Tęcza w chmurze, bez deszczu – pierwszy raz widzę takie zjawisko. Po równinie hula wiatr, szarpiąc niskimi krzewinkami. Dziurawa droga prowadzi w nieznane. Na krzyżówce skręcamy w lewo w kierunku zachodnim, mijamy zamknięty przydrożny hotel i pełni wątpliwości, czy aby nie przegapiliśmy właściwego zjazdu, docieramy do parkingu, przy którym rozpoczyna się szlak do schroniska Rabaçal.

Temperatura to tylko parę stopni, chłód pogłębiają ostry wiatr i wilgotne powietrze. Krajobraz przesłonięty chmurami. Liczyliśmy na przyjemną górską wycieczkę, ale na to widoków nie ma żadnych. Mimo to zostawiamy samochód i ruszamy w dół. Właściwie to mieliśmy nadzieję, że zjedziemy kursującym tu busem (2 euro w dół, 3 euro w górę), bo właściwy szlak zaczyna się dopiero przy schronisku Rabaçal, oddalonym o 1,5 km, ale żaden pojazd nie czekał, ani nie wyglądało na to, że miałby przyjechać. Trasa prowadzi starym asfaltem przez wrzoścowy las z poskręcanymi ni to drzewami, ni to krzakami (Erica arborea). Nuży się. Za każdym zakrętem mamy nadzieję zobaczyć końcowy znak, ale bez rezultatu. Kiedy wreszcie jesteśmy na dole, warunki są jeszcze gorsze. Zaczyna siąpić deszcz.

Rozdzielamy się. Agnieszka i Kamila zostają w schronisku, ja podejmuję marsz szlakiem wzdłuż lewady Risco. Jest to właściwie trasa spacerowa, trawersuje zbocze na równej wysokości. Idąc, trzeba jedynie uważać na nierówności. Szybkim krokiem docieram do końca w piętnaście minut. Po pionowej skale z wysokości kilkudziesięciu metrów spadają w dół strumienie wody. Potężna siklawa. Gęste krople, nie wiem już sam, czy z wodospadu, czy wzmagającego się deszczu. Jestem sam, a to podobno najpopularniejsza wśród turystów lewada. Lecz nie w taki czas, nie w taką pogodę.          

W schronisku mówią, że bus jeździ jednak od czasu do czasu. Postanawiamy zaczekać zatem na kurs, bo nie uśmiecha nam się wspinaczka w deszczu i chłodzie. Czekamy, a chętnych przybywa. Gdy bus nadjeżdża, miejsc jest mniej niż osób. Cztery Niemki wpychają się, mimo że przyszły ostatnie. Jak niewiele trzeba, aby poczucie niedostatku komfortu prowadziło do porzucenia dobrych obyczajów.

W drodze powrotnej robimy tylko jeden postój, przy poletku bananów. Banany to bardzo popularna uprawa na Maderze. Owoc jest mniejszy niż z cieplejszych krajów, ale smakuje lepiej niż dostępny u nas z dojrzewalni. Czas dojrzewania jest regulowany domowym sposobem. Jeśli właścicielowi plantacji zależy na przyspieszeniu, kiście obwiązywane są foliowymi workami. Nie wygląda to zbyt estetycznie, ale z pewnością jest skutecznym sposobem.

Czytaj dalej

Copyright © 2014