Bryła lodu

30/04/2017

Gmach opery to ikona nowoczesnego Oslo i prawdopodobnie najbardziej niezwykły projekt architektoniczny zrealizowany w Europie w ostatniej dekadzie. Gmach ma formę bryły lodu piętrzącej się ponad wodą fiordu, ale też nie tylko o jego wyjątkowy kształt  chodzi. Interesujące w koncepcji projektantów z pracowni Snøhetta było to, że nie zaproponowali wzniesienia kolejnej siedziby instytucji kultury, która otwierałaby swoje podwoje jedynie wieczorami dla miłośników elitarnej sztuki, jakimi są opera i balet. Pomysł architektów polegał na stworzeniu miejsca ze wszech miar publicznego, dostępnego przez cały czas dla wszystkich, gdzie każdy na własny sposób doświadczać może swojej tu obecności.

Dach opery ma formę pochylni i tarasów wyłożonych białym marmurem z Carrary. Można po tej wielkiej powierzchni (nie spodziewałem się, że aż tak wielkiej) swobodnie chodzić. Z góry roztacza się widok na fiord, wody otoczone łagodnymi wzgórzami z malowniczymi wysepkami pośrodku. Od strony lądu pejzaż zdominowany jest przez rozłożyste ramiona dźwigów. Cały ten obszar dawnych portowych doków Bjørvika zmienia się nie do poznania. Obok opery będą tu mieć swe nowe siedziby biblioteka publiczna i muzeum Muncha, niemal w całości jest już gotowy kompleks równo rozłożonych biurowców zwany Barcode, modernizuje się układ komunikacyjny.

Lobby opery jest otwarte w ciągu dnia. Każdy może wejść, aby znaleźć się w przedsionku sztuki. To określenie jest w sumie krzywdzące, jako że architektura i wystrój wnętrza są tu doskonałym dziełem wizualnym, sztuką samą w sobie. Lobby jest wysokie na trzy piętra, przez wielką przeszkloną ścianę z widokiem na fiord wpada światło, mocno oświetlające dębową okładzinę, którą wyłożone są koliste zewnętrzne ściany klatek schodowych i balkonów wiodących do audytorium. Z kolei przeciwległa ściana wykonana jest z białych ażurowych paneli, podświetlonych od wewnątrz diodowym światłem.  Całość wygląda lekko i finezyjnie.

W kasie dowiaduję się, że wejściówki na zwiedzanie gmachu o godzinie trzynastej są już wyprzedane, ale jest jeszcze dodatkowa tura o godzinie czternastej. Od zewnątrz opera zrobiła na nas tak duże wrażenie, że koniecznie chcemy dostać się do środka, nawet kosztem  rezygnacji z wizyty w Galerii Narodowej (gdzie można zobaczyć między innymi słynny obraz Muncha „Krzyk”).

Pani przewodnik zabiera nas na balkon trzeciego piętra audytorium. Wnętrze jest proste, bez żadnych ozdobników. Całość okładzin wykonana z dębu, materiału o bardzo dobrych parametrach akustycznych. Tu ma barwę szlachetnego koniaku (uzyskaną w procesie chemicznym z zastosowaniem amoniaku). Dobrze koresponduje z nim ciemnopomarańczowy kolor obicia foteli. Na dole trwają przygotowania do dzisiejszego spektaklu, opery Claude’a Debussy „Peleas i Melisanda”. Scena jest jeszcze zupełnie pusta, widać całe jej wnętrzności. Za chwilę, tak jakby to był pokaz przygotowany specjalnie dla nas, na platformie wjeżdża z boku kompletna dekoracja. Wystarczy tylko rozstawić mebelki i można grać.

Trasa naszej wycieczki wiedzie na zaplecze. Możemy zobaczyć salę treningową baletu, studio wokalne, pracownie z przyległymi magazynami. Powierzchnie ogromne, niemalże jak w hipermarkecie. Kolejny punkt programu to wizyta na tyłach sceny. Nie spodziewałem się, że za zbudowaną dekoracją jest tyle wolnego miejsca. To jakby jedna scena za drugą, bo tę przednią można obniżyć o dobrych parę metrów, a z kolei ta z tyłu z mechanizmem obrotowym może wysunąć się do przodu. Możliwości kształtowania scenografii są nieprawdopodobne. Wizytę kończymy w sali kameralnej, która poza mniejszymi koncertami służy do prób spektakli na ostatecznym etapie przygotowań z kostiumami i dekoracjami (my mamy okazję zobaczyć rozstawione zasadnicze elementy dekoracji do „Cyganerii”, której premiera już za niecałe dwa tygodnie).

Gmach opery kosztował równowartość pięciuset milionów euro. Suma niewyobrażalna, ale praktyczni Norwegowie postanowili zaszaleć. W końcu na coś muszą wydawać pieniądze płynące ze sprzedaży ropy naftowej.

Czytaj dalej

Copyright © 2014