I jeszcze trzy muzea

01/05/2017

Przystanek dalej znajduje się Muzeum Łodzi Wikingów (Vikingskipshuset). Budynek zbudowany na planie krzyża. Trzy z jego czterech ramion stanowią swego rodzaju hangary, w których przechowywane są autentyczne długie łodzie wikingów datowane na IX wiek. W jaki sposób przetrwały do naszych czasów? Tylko dlatego, że po wyciągnięciu na brzeg służyły jako grobowce znamienitym osobom. Zmarli wraz z dodanym im wyposażeniem byli wyprawiani w rejs do nowego życia. Tak przygotowane łodzie były następnie zasypywane. Tam gdzie gliniasta gleba zadziałała konserwująco, drewno nie poddało się próchnicy.

W hali sąsiadującej z wejściem prezentowana jest najwspanialsza z łodzi, z fantazyjnie zawiniętymi i zdobionymi ornamentami dziobnicą i stewą tylną. Jest długa na niemal 22 metry, a w najszerszym miejscu liczy 5 metrów. Od nazwy farmy, na której dokonano odkrycia, nosi miano Oseberg. Została wydobyta w 1904 roku. Potem wiele lat zabrała jej konserwacja i pełna rekonstrukcja. Wszystkie elementy były osobno w powolnym procesie suszone, zanim na powrót połączono je w całość. Musiano uzupełnić ubytki, ale nieoryginalne drewno stanowi jedynie 10% całości. W takim kształcie, jak widzimy ją dzisiaj, łódź wydaje się gotowa do wypłynięcia. Potrzeba tylko trzydziestu wioślarzy i rozpięcia żagla na dziesięciometrowym maszcie.

Jak ważna jest praca profesjonalnego archeologa i co może się stać, gdy jej zabraknie, pokazuje przykład łodzi w hali po prawej stronie (gdzie wyświetlana jest też na ścianach animacja ilustrująca historię wyprawy, walki, śmierci i pogrzebu wodza wikingów). Łódź z Tune została odkryta w 1867 roku. Znalezisko potraktowano bez należytej troski, szpadlami skancerowano powierzchnie drewnianych elementów, a całość wyciągnięto na doczepionej ramie przy pomocy konnego zaprzęgu. Szkielet i poszycie są zdeformowane i niekompletne. Wyglądają jak wielki zewłok. Wzbudzają jedynie żałość.

W muzeum dość tłoczno, przy czym klientela zupełnie inna niż była w skansenie. Tam przeważały rodziny, tu dominują zorganizowane grupy turystów amerykańskich i japońskich. Mogę się domyślać, że to pasażerowie wielopiętrowych wycieczkowców w rejsie po norweskich fiordach. Mają jednodniowy postój w Oslo i szybko zaliczają największe atrakcje miasta. Z muzeów na półwyspie Bygdøy łodzie wikingów mają największą siłę przyciągania.

Półtora kilometra dalej (podjeżdżamy autobusem) na południowo-wschodnim krańcu półwyspu zlokalizowane są trzy muzea o tematyce morskiej. Najbardziej niezwykłe jest Frammuseet. We wnętrzu jego budynku w kształcie wielkiego szałasu  umieszczony jest statek polarny Fram, a właściwie są tam dwa statki, gdyż w stojącym obok nieco mniejszym „szałasie” jest jeszcze drugi, jednomasztowy slup o nazwie Gjøa. Weszliśmy do środka i trochę się przeraziliśmy. Wzdłuż ścian na trzech poziomach biegną balkony z ustawionymi szeregowo tablicami, wyklejonymi zdjęciami, mapami, tekstami objaśniającymi. Wszystko o wyprawach polarnych. Dla zapoznania się z całą ekspozycją trzeba by tu spędzić cały dzień.

Musimy skoncentrować się na głównej historii. Najpierw Gjøa. Slup został zakupiony w 1901 roku przez Roalda Amundsena z myślą o przepłynięciu szlaku morskiego z Atlantyku przez Ocean Arktyczny na Pacyfik (tzw. Przejście Północno-Zachodnie). Wcześniejsze próby były nieudane z najbardziej tragiczną w skutkach ekspedycją Franklina (wszyscy członkowie załogi, 129 osób zginęło). Amundsen wraz z sześcioma towarzyszami wyruszył w czerwcu 1903 roku z Oslo i po trzech latach dotarł do portu Nome na Alasce (tak długi czas trwania wyprawy nie był tylko związany z długością i trudnością trasy, ale i prowadzonymi po drodze badaniami). Sezony zimowe spędzone na Północy i nawiązane kontakty z Eskimosami pozwoliły Amundsenowi wzbogacić swoją wiedzę na temat sposobów przetrwania w ekstremalnie niskich temperaturach. Te informacje okazały się później niezwykle przydatne przy planowaniu eskapady na Biegun Południowy. Amundsen wrócił tryumfalnie do ojczyzny, ale Gjøa pozostała w Ameryce. Do Norwegii przywieziono ją z powrotem dopiero w 1972 roku (podróż odbyła w ładowni drobnicowca).

Fram jest statkiem jeszcze bardziej zasłużonym. Został zbudowany w 1892 roku z inicjatywy i wedle pomysłu Fridtjofa Nansena, bohatera narodowego Norwegii, odkrywcy, naukowcy, dyplomaty, a w końcu laureata Nagrody Pokojowej Nobla. Jego konstrukcja miała uniemożliwić zgniecenie statku przez napierającą krę lodową. Na tym trzymasztowym szkunerze, zaopatrzonym w silnik parowy, Nansen wyruszył w 1893 roku, aby dowieść istnienia prądów morskich na dalekiej Północy. W tym celu Fram wpłynął w obszar lodu, został przezeń uwięziony i rozpoczął się jego dryf, potwierdzający teorię Nansena. Niestety ekspedycji nie udało się znaleźć w bezpośredniej bliskości Bieguna Północnego. Kierunek dryfu był zmienny. Podróż obfitowała w wiele trudnych momentów. Ostatecznie w 1896 roku wyswobodzono się z lodowych oków i Fram powrócił w glorii do macierzystego portu.

Jeszcze bardziej ekscytująca jest podróż zapoczątkowana w 1910 roku, bo wiąże się z nią sukces dotarcia po raz pierwszy do Bieguna Południowego, ale też historia rywalizacji Amundsena i Scotta z dramatycznym finałem – śmiercią Brytyjczyków w drodze powrotnej do bazy. Kiedyś te opowieści były bardzo popularne. Pamiętam, że jako młody chłopak czytałem książkę o życiu Nansena „Fridtjof, co z ciebie wyrośnie?”. Teraz, gdy Ziemia wydaje się nie mieć przed nami żadnych tajemnic, dzieje odkrywania Arktyki i Antarktyki są zapomniane. Zdziwienie wręcz może budzić, że sto lat temu ludzie ryzykowali życiem, dobrowolnie spędzali długie miesiące w polarnym mrozie, aby dowiedzieć się czegoś nowego o otaczającym świecie.

Statek ma 39 metrów długości i 11 metrów szerokości. Zobaczyć możemy go w całej okazałości, od stóp do głowy, czyli od stępki do czubka masztów. Z poziomu trzeciego piętra wchodzimy na pokład. Mesa, mikroskopijne kajuty, ładownie, przedział silnikowy. Spartańskie warunki do życia, ale to nie przeszkadzało tym, którzy płynęli po sławę, dla nauki, przeżycia przygody.

***

Rzutem na taśmę zaliczamy jeszcze muzeum Kon-Tiki. Do zamknięcia jest tylko dwadzieścia minut, na szczęście ekspozycja jest kompaktowa i nawet w tak krótkim czasie można zapoznać się z najważniejszymi faktami i artefaktami dotyczącymi wypraw organizowanych przez Thora Heyerdahla. Było ich kilka, a najsławniejsza z nich zwana jest od miana tratwy, na której płynął Heyerdahl z towarzyszami, wyprawą Kon-Tiki. Miała miejsce w 1947 roku, a jej celem było udowodnienie, że już w zamierzchłych czasach możliwe były długodystansowe podróże morskie na Pacyfiku i dzięki temu wyspy Polinezji mogły być zasiedlone przez przybyszów z Ameryki Południowej. W tym celu na zlecenie Heyerdahla zbudowana została duża prymitywna tratwa z drewna balsa i na niej sześcioosobowa załoga wypłynęła z Peru. Żaden z uczestników nie miał doświadczenia żeglarskiego i umiejętności sterowania tratwą. Heyerdahl wierzył jednak, że takie know-how zdobędą w trakcie podróży, a wiejące ze wschodu wiatry i Prąd Peruwiański pozwolą na osiągnięcie celu. Tak też się stało. Po 101 dniach na morzu wyprawa zakończyła się sukcesem. Kon-Tiki dotarła do atolu Raroia. Dziś ta historia mało kogo ekscytuje, ale wówczas było inaczej. Książkę Thora Heyerdahla stanowiącą relację z podróży przetłumaczono na 70 języków i sprzedano w milionach egzemplarzy, a nakręcony przez załogę film zdobył Oscara w kategorii dokumentu.

Na bazie tego sukcesu powstało muzeum, którego głównym eksponatem jest oryginalna tratwa. Zbudowana z potężnych drewnianych bali, wygląda nad podziw solidnie. Myślę, że kłopoty mogła sprawiać jej słaba sterowność – żagiel jest niewielki i słabo ustawny, a kształt tratwy z natury rzeczy mało zgrabny. Na pewno zapewniała bezpieczną żeglugę na przybrzeżnych wodach ze stałym lądem w zasięgu wzroku. Wyprawa w nieznane wymagała już sporej dawki odwagi.

O siedemnastej Kon-Tiki zamyka swoje podwoje. Dla muzealników to koniec dnia, ale gdzie tam jeszcze do zachodu słońca. Słoneczna tarcza jest wysoko na czystym błękitnym niebie. Przyjemnie nas ogrzewa, gdy zmęczeni siadamy na ławeczce  nad brzegiem fiordu. Po drugiej stronie zabudowa miasta, ale tu jest cicho i spokojnie. Po niebieskiej tafli sunie grupa kajakarzy. Obok miłośnik żagli maluje kadłub swojej łodzi. W Oslo wystarczy kilkanaście minut, aby wydostać się z centrum i zażywać uroków przyrody.

Czytaj dalej

Copyright © 2014