Stolica narciarstwa (klasycznego)

02/05/2017

Dziś zbieramy się wcześniej, żeby dotrzeć do Holmenkollen i wejść na wieżę skoczni narciarskiej w ramach wykupionego dwudziestoczterogodzinnego Oslo Pass, którego bieg rozpoczął się nam wczoraj w momencie wypłynięcia statkiem na półwysep Bygdøy (Oslo Pass zawiera w sobie komunikację miejską oraz wstęp do muzeów, ale korzystanie z niego ma sens finansowy tylko wtedy, gdy faktycznie intensywnie się je odwiedza).

W Oslo spędziliśmy do tej pory weekend i wolny od pracy poniedziałek 1 maja. Dopiero dziś jest pierwszy dzień powszedni. Ruch aut jest trochę większy, ale odbywa się płynnie, o żadnych korkach mowy być nie może. W autobusie też luźno. Przy Oslo Sentralstasjon przesiadamy się do linii metra nr 1.  Po trzech przystankach, umiejscowionych w ścisłym centrum, kolej wynurza się na powierzchnię i w swoim dalszym biegu ma charakter podmiejskiego pociągu. „Podmiejskiego” nie dosłownie, bo dalej jedziemy w granicach miasta, ale cały obszar pokryty jest niską zabudową, dominują wille z ogrodami, stąd wrażenie, że zostawiliśmy Oslo za sobą. Kolej zaczyna wspinać się wyżej i wyżej, wijąc się, trawersuje zbocze. Otwierają się coraz piękniejsze widoki na wody fiordu poniżej. To chyba najdziwniejsze metro na świecie, przepoczwarzające się w górską kolejkę.

Holmenkollen to jedno ze wzgórz okalających Oslo. Niegdyś daleko poza miastem, dziś stanowi jego część. Pierwsze zawody rozegrano tu w 1892 roku. Najpierw odbył się bieg na trasie osiemnastu kilometrów, drugiego dnia zawodnicy skakali z drewnianej platformy obsypanej śniegiem. Najdłuższy skok oddał Arne Ustvedt – poleciał na odległość 21,5 metra. Już wtedy zgromadził się w Holmenkollen spory tłum widzów – zawodników dopingowało 12.000 osób. Potem impreza odbywała się cyklicznie co rok. W pierwszym okresie czempionami byli ci najbardziej wszechstronni, dobrzy zarówno w biegu, jak i skokach (to kombinacja norweska, konkurencja dalej rozgrywana, ale w dzisiejszych czasach mało popularna). Dopiero później skoki wyemancypowały się, a skocznia co jakiś czas była przebudowywana dla umożliwienia osiągania coraz dalszych odległości. Obecna struktura została stworzona na mistrzostwa świata w 2011 roku. Jej stalowe smukłe ramię, mieszczące w sobie rozbieg, stanowi dominantę krajobrazu. Widoczne jest z daleka, nawet z centrum Oslo.

Na górę wjeżdża się windą, wcześniej warto przejść przez niewielkie, mieszczące się na dwóch kondygnacjach, muzeum sportu. Spodziewałem się zobaczyć tu więcej pamiątek po narciarskich mistrzach. Owszem jest ich trochę, ale w zasadzie tylko po norweskich. Ciekawe jest natomiast zestawienie sprzętu używanego w konkurencjach narciarstwa klasycznego w ostatnich kilkudziesięciu latach. Sam zresztą pamiętam z dzieciństwa takie wynalazki jak drewniane narty czy wiązania kandahary.

Do windy wsiada się na poziomie trzecim. Jest to ta sama winda, która wwozi zawodników na górną platformę. Wstępujemy zatem na szlak Małysza i Stocha. Wagonik nie jedzie pionowo do góry, lecz porusza się w skos po ramieniu rampy. Na szczycie, niemal sześćdziesiąt metrów ponad ziemią, znajduje się platforma startowa dla zawodników, a powyżej niej platforma widokowa dla takich jak my. Stąd roztacza się fantastyczna panorama, w kierunku południowo-wschodnim na centrum miasta i fiord (niestety obraz na dalszym planie jest nieco przymglony), w przeciwnym na zielone rekreacyjne tereny. Jak na dłoni mamy leżący poniżej stadion do startu i finiszu konkurencji biegowych.

Lata temu byliśmy z Agnieszką w Innsbrucku na skoczni Bergisel. Wejście na szczyt było zamknięte, ale już sam widok spod progu skoczni przyprawiał o zawrót głowy. W Holmenkollen spodziewałem się podobnych wrażeń, ale nie, spojrzenie w dół rampy zjazdowej nie wywołuje mrowienia skóry. To efekt zainstalowania wzdłuż zjazdu osłon przeciwwiatrowych, które ograniczają pole widzenia, a tym samym strach przed wysokością. Również profil rampy, przesłaniający całkowicie uskok znajdujący się za progiem, ma zbawienne działanie. Za pewne zawodnik dopiero przed samym odbiciem czuje, że za chwilę jakby miał się rzucić w głąb studni.

Większe wrażenie skocznia sprawia od dołu. Tu znać jej ogrom, bo nie dość, że w górze piętrzy się stalowe ramię, to zeskok znajduje się w głębokiej rozpadlinie, poniżej poziomu gruntu. Teraz, kiedy nie ma śniegu, widać, że ta niecka została wykuta w litej skale. W opisie swojego projektu pracownia JDS Architects podkreśla, że wszystkie funkcje obiektu – wieża widokowa, rampa zjazdowa, loża sędziowska, loża honorowa, stanowiska komentatorów, arena, muzeum – zintegrowane są w jednolitej strukturze, strukturze mającej kształt samej skoczni. Wszystko zogniskowane jest wokół skoku narciarza.

Czytaj dalej

Copyright © 2014