Dominium Jej Królewskiej Mości

Gibraltar, 18/02/2009

Gibraltarską skałę widać z odległości wielu kilometrów. Biel wapienia odcina się od szaro-zielono-niebieskiego otoczenia. To wybryk natury. Odprysk jakiegoś większego górotworu, przesunięty o dziesiątki mil przed stu pięćdziesięcioma, a może dwustu milionami lat. Ten skrawek lądu o powierzchni 6,5 kilometrów kwadratowych w sensie politycznym również jest swego rodzaju dziwolągiem, stanowi dominium należącego już do historii Imperium Brytyjskiego.

Przewodnik radzi, aby samochód zostawić na parkingu po stronie hiszpańskiej, a z przejścia granicznego podjechać do miasta autobusem. Wydaje mi się to jak najbardziej słuszne. Już sobie wyobrażam długie minuty spędzone w nerwowym poszukiwaniu miejsca postojowego w ciasnych uliczkach Gibraltaru. Póki co jedziemy nadmorskim bulwarem La Linea, przygranicznego miasta. W kierunku Gibraltaru sunie sznurek pojazdów. Robimy pętlę, potem kawałek prosto, nagle skręt w prawo i zamiast na parkingu lądujemy wprost na przejściu granicznym. Cofnąć się już nie da. Pokazujemy paszporty i wjeżdżamy na brytyjskie terytorium.

Droga prowadzi w poprzek pasa startowego lotniska. Zaraz za nim zaczyna się zabudowa miejska. Ze zdziwieniem odkrywamy, że wzdłuż ulicy ciągnącej się wzdłuż wybrzeża znajdują się publiczne parkingi. Choć samochodów stoi tu dużo, udaje nam się bez problemu znaleźć wolne miejsce. Z pewnym niedowierzaniem pytamy napotkanego policjanta, czy na pewno możemy tu zaparkować. Jak najbardziej i to bezpłatnie, i bez czasowego ograniczenia. Jej Królewska Mość jest wyjątkowo hojna.

Idziemy Main Street. Wrażenie niesamowite. Jesteśmy na południowym krańcu Półwyspu Iberyjskiego, a jakbyśmy się znaleźli w jakimś miasteczku na Wyspach Brytyjskich. Jeszcze przed chwilą wszędzie oferowano nam paellę, a tu zapraszają na fish & chips. Church of England, warta Royal Gibraltar Regiment, sklepy z szyldami sieci, które pamiętamy z Londynu. Tylko pogoda niebrytyjska (na szczęście).

 

 

 Czytaj dalej

Copyright © 2014