Po prostu Miasto

Ronda, 16/02/2009

Po przejściu Puente Nuevo znajdujemy się w historycznej części Rondy, zwanej La Ciudad – Miasto (w Krakowie też mamy podobny zwyczaj mówienia „Idę do miasta”, kiedy idzie się do centrum).

Tu można obrać dowolną trasę, lawirując wśród wąskich uliczek, docierając do cichych, urokliwych zaułków, odkrywając historię Rondy mauretańskiej i Rondy czasów rekonkwisty. My schodzimy na sam dół do średniowiecznych fortyfikacji. Słońce opiera się tu o ścianę muru obronnego. Siadamy w jego zaciszu. Dłuższą chwilę smażymy się z przyjemnością na tej „patelni”.

W drodze powrotnej można by jeszcze zaglądnąć w parę miejsc, ale limit chęci Kamilki na turystyczny spacer już się wyczerpał. Jesteśmy zresztą trochę głodni. Decyzję co do wyboru posiłku pozostawiamy dzieciom. Nie trudno zgadnąć, że ma to być pizza.

Po drodze przy jednej z restauracji zaczepia nas kelner z kartą menu. Zaprasza do środka na tortillę. Ellas prefieren pizza – tłumaczę swym nowo nabytym hiszpańskim. Jestem dumny z poprawności gramatycznej tego pierwszego zdania wypowiedzianego na hiszpańskiej ziemi.

W restauracji jest pusto. Jedynie przy stoliku na zewnątrz siedzi starszy, barczysty mężczyzna. Z wyglądu przypomina trapera z Gór Skalistych. Długie, skołtunione włosy, dawno niestrzyżona broda, długa, obszerna welurowa kurtka, wysokie skórzane buty. Obok stolika zapakował swojego stalowego, dwukołowego rumaka. „Traper” nic nie je, jedynie pali tytoń i sączy kawę. Co kilka minut wchodzi do środka i prosi o kolejne espresso. Ile ich łącznie wypił, nie wiem. W czasie, gdy my jedliśmy pizzę, jakichś sześć, ale był tu przed nami i został też dłużej. Odjeżdżając, naładowany energią nie będzie chyba musiał nawet odpalać silnika swojego motocykla.

***

Kilkanaście kilometrów od Rondy zaczyna się zjazd z płaskowyżu na wybrzeże. Zakręt w lewo, zakręt prawo i tak raz za razem przez 30 minut. Coraz dalej od posępnych turni, coraz bliżej lazurowej tafli morza.

Czytaj dalej

Copyright © 2014