Słońce, słońce, słońce

Malaga, 15/02/2009

Siedem godzin i jesteśmy w innym świecie: błękitne niebo z leniwie żeglującymi cumulusami, wszechobecne palmy i zielone trawniki, a przede wszystkim słońce sprawiające, że życie od razu staje się radośniejsze.

Z lotniska wyjeżdżamy na autostradę. Do Benalmadeny tylko 20 minut. Trzeba uważać, żeby nie przegapić właściwego zjazdu. Droga prowadzi wzdłuż wybrzeża powyżej gęsto zabudowanych nadmorskich kurortów, a poniżej posępnych, skalistych zboczy.

Przed wyjazdem wydrukowałem sobie schematyczny plan Benalmadeny z maps.google.com. Wynikało z niego, że nasz hotel znajduje się w sąsiedztwie Xanit International Hospital, z pewnością charakterystycznego miejsca w okolicy. Jestem więc pewien, że za chwilę będziemy u celu.

Po zjeździe z autostrady jedziemy zgodnie z planem w dół w kierunku morza. Kiedy mamy do niego jeszcze kilometr z okładem, pojawia się drogowskaz – Xanit Hospital w lewo – a przecież nasz hotel miał być 150 metrów od morza i na prawo od ulicy, którą teraz jedziemy. Porzucamy więc kierunek szpital i staramy się poruszać według planu. To jednak wcale nie jest łatwe. Nie dość, że google umieściło Xanit w złym miejscu, to plan okazuje się bardzo uproszczony. Benalmadena jest w rzeczywistości plątaniną uliczek i konglomeratem ciasno zabudowanych hoteli i apartamentowców, rozłożonych na stromych pagórkach.

Nie pomaga zasięgnięcie języka. Skręcamy w przecznicę, która naszym zdaniem mogłaby prowadzić do hotelu. Wspinamy się nią na szczyt wzniesienia, aby po zatoczeniu koła zjechać w dół do punktu wyjścia. Wyjeżdżamy na nadmorską aleję, ale i stąd nie mogę dostrzec budynku, który widziałem na stronie internetowej. Wreszcie decydujemy się na metodyczne przeszukiwanie pasa 100-200 metrów od linii brzegowej. I po 40 minutach od zjazdu z autostrady z ulgą parkujemy pod Benalmadena Palace.

Recepcjonista informuje nas, że Benalmadena Palace składa się z dwóch bloków, a nasz apartament jest w bloku drugim. Pakuje nas z bagażami do windy, instruuje, żeby zjechać na sam dół, wyjść z tego budynku i przejść do drugiego. Zjeżdżamy i lądujemy na parkingu podziemnym. Nie wiadomo, czy iść w prawo, czy w lewo. Ciemno, żadnych oznaczeń. W końcu wydostajemy się na zewnątrz i tu rzeczywiście jest drugi budynek, tyle że mieszczący hotel Vistamar. A więc to tak, recepcjonista zamiast przeprosić, wytłumaczyć, że mają nadwyżkę rezerwacji, zaoferować coś w zamian za przeprowadzkę, poczęstował nas bzdurną opowiastką o dwóch oddziałach hotelowych. Krew się we mnie zagotowała.

Idziemy z walizkami z powrotem na górę. Recepcjonista nawet nie podejmuje próby tłumaczenia. Widząc moje zdenerwowanie, od razu wręcza nam klucze do apartamentu w głównym i jedynym bloku hotelu. Do Vistamar powędrują pewnie inni, bardziej spolegliwi turyści.

Czytaj dalej

Copyright © 2014