The Rock

Gibraltar, 18/02/2009

Kiedy oglądałem jeden z filmów z serii Jamesa Bonda – „The Living Daylights” (polski tytuł: „W obliczu śmierci”) – zastanawiałem się, jak to jest możliwe, że bohater i jego przeciwnik urządzają sobie rajd jeepem po gibraltarskiej skale. Wydawało mi się to nieprawdopodobne, bo w oczach miałem najbardziej upowszechniony obraz Skały jako pionowego czterystumetrowego urwiska. Od strony północnej, najczęściej fotografowanej, istotnie tak się ona prezentuje, ale ciągnie się dalej w kierunku południowym na odległość blisko pięciu kilometrów, a jej zachodnie zbocze jest stosunkowo łatwo dostępne dla człowieka. Biegnące zakosami wyasfaltowane dróżki rzeczywiście tu istnieją. I po nich oferują wycieczkę jeepem miejscowi przewodnicy, polujący na turystów niemal na każdym rogu.

Propozycja wydaje się dość interesująca: zamiast wyjeżdżać na grań wagonikiem kolejki linowej i na nogach pokonywać odległości do kolejnych atrakcji, można wsiąść w jeepa i być dowiezionym w każde miejsce. Jesteśmy jednak zgodni: nie będziemy podążać śladami Jamesa Bonda, wybieramy wariant „Tylko dla orłów” i kupujemy bilety na wysokogórską kolejkę.

Z każdym metrem pokonywanej wysokości widok na miasto i Zatokę Gibraltarską staje się coraz bardziej spektakularny, ale prawdziwie mocne doznania czekają nas na samym szczycie. Stąd mamy piękne spojrzenie nie tylko na port, stojące na redzie statki, hiszpańskie wybrzeże. W ten piękny, bezchmurny, słoneczny dzień wspaniale widać brzeg Afryki z piętrzącymi się górami Atlas.

Wszędzie tu pełno magotów, niewielkich małp z rodziny makakowatych. Tu żyją na wolności, choć oczywiście liczba napływających turystów zmieniła sposób ich życia. Na bilecie wstępu do rezerwatu wpisane mamy ostrzeżenie, żeby zachować ostrożność w pobliżu magotów, nie karmić ich i pilnować rzeczy osobistych, bo te mogą stać się łupem małp. Wkrótce przekonaliśmy się o słuszności tych zaleceń.

W miejscu, gdzie magoty są dokarmiane, kłębi się grupka młodych małpek. Jedna z nich podchodzi do Doroty. Przez chwilę obie mierzą się wzrokiem, po czym hops, małpka skacze i wczepia się w koszulkę Doroty. Całe zajście przypadkowo filmuję. Zrzuć ją, zrzuć ją! – kamera rejestruje mój nerwowy głos. Na szczęście obeszło się bez zadrapań; po paru sekundach magot sam zeskoczył i pognał do swego stada.

Potem zwiedzamy największą z tutejszych jaskiń, noszącą imię Św. Michała. Wychodzimy na zewnątrz. Jest już pora lunchu. Z plecaczka wyciągam bułkę. Nawet nie zdążyłem jej rozpakować, kiedy rzuca się na mnie magot. Instynktownie odpędzam go ręką. Bułka wylatuje mi z dłoni. Podbiega drugi magot i zaraz znika w zaroślach z moją kanapką.

Idziemy z powrotem w kierunku stacji kolejki. W ręce niosę kolorowy kartonik po wypitym soku. Jesteśmy już niedaleko tego miejsca, w którym małpy są dokarmiane. Lepiej go schowaj – radzi Agnieszka. Wsadzam więc kartonik za pasek od spodni i zakrywam bluzą polara, ale już widzę, jak z odległości trzydziestu metrów pędzi w naszym kierunku małpa. Mija Kamilę, mija Dorotę i Agnieszkę, i wskakuje na mnie. Boję się, że mnie ugryzie, albo podrapie. Zaczynam  kręcić się szybko w koło, licząc na to, że magotowi nie spodoba się taka karuzela, ale małpa, być może wystraszona, kurczowo trzyma się mego polara i wiruje wraz ze mną. Dopiero jak się zatrzymuję, magot daje za wygraną i zmyka do stada.

Jaskinia Św. Michała była w kierunku południowym, teraz mamy pójść na północ do wydrążonych w skale tuneli z czasów Wielkiego Oblężenia. Wcześniej wspinamy się na samą grań, aby spojrzeć za wschodnie, urwiste zbocze Skały na wody Zatoki Katalońskiej, szmaragdowe w przybrzeżnym pasie, lazurowe tam, gdzie głębia.

To była świetna decyzja, żeby nie korzystać z jeepów. Teraz widzimy, jak się odbywa to zwiedzanie. Droga jest na szerokość jednego pojazdu. W interesujących punktach turysta może więc wyjść z samochodu tylko na chwilę. Parę fotek i jazda dalej, bo z dołu podjeżdża kolejne auto. My zostawiamy jezdnię, która w tym miejscu opada w dół. Skręcamy za znakiem w asfaltową dróżkę. Tu ludzi nie ma w ogóle. Tylko na początku mija nas jakaś grupka Hiszpanów.

Dróżka trawersuje, stopniowo schodzi niżej. Linia kolejki niknie w oddali (a przecież mieliśmy już wykupioną jazdę powrotną). Idziemy wśród jakichś zasieków, częściowo zdewastowanych. Napisy ostrzegają, że powyżej i poniżej znajduje się teren wojskowy. Zupełnie nie wygląda to na trasę turystyczną. Mamy wątpliwości, czy to właściwa droga, ale trudno je rozstrzygnąć, bo kierunkowskazów, poza pierwszym, nie ma żadnych, a mapkę Gibraltaru w naszym przewodniku o wymiarach trzy na pięć centymetrów trudno uznać za wystarczająco szczegółową. Zagubić się na zboczu gibraltarskiej skały – uczucie bezcenne.

Czytaj dalej

Copyright © 2014